piątek, 11 sierpnia 2017

„Epidemia egoizmu” Amy McCready. Jak być konsekwentnym rodzicem i stawiać dziecku granice





Wydawnictwo Samo Sedno

Ilość stron: 344

Nowość wydawnicza


„Przez długi czas w życiu dziecka mama i tata są osobami, które zawsze wiedzą najlepiej” str. 201

Czy faktycznie nastała era krnąbrnych, egoistycznych dzieci, którym współcześni rodzice poświęcają stanowczo za dużo uwagi, lubią wyręczać w wielu zadaniach i obowiązkach? Po lekturze książki, śmiało stwierdzam, że tak. Jak zatem pomóc dzieciom? Jak pomóc rodzicom? Hm... Odpowiedź nasuwa się jedna – świadomość każdej roli – dziecka, że nie jest pępkiem świata i rodzica, że nie ma być służącym, tylko dobrym, konsekwentnym rodzicem.

„Dziecięce przywileje nie są chorobą, ale w rozwiniętym społeczeństwie zjawisko to przybrało już rozmiary epidemii. I nie mówię tu tylko o dzieciach z tzw. bogatych domów, problem dotyczy bowiem wszystkich warstw społecznych i różnych kultur. Nie chodzi także jedynie o dobra materialne. Dzieci uprzywilejowane wierzą, że cały świat kręci się wokół nich.”

Zatem, jak najprościej zrozumieć termin epidemii egoizmu? 

Każdy rodzic chce, by jego dziecko było najmądrzejsze, najlepsze, najpiękniejsze, wyjątkowo wyjątkowe. To oczywiste, nie warto nawet z tym polemizować. Ale warto stawiać na mądre, konsekwentne wychowanie, w którym obydwie strony są świadome swoich wartości i przywilejów. Warto podkreślać zalety dziecka, ale nie kreować sztucznych wymagań i zachowań. Bądźmy naturalni, nie przypisujmy wygórowanych prerogatyw. Dzieci nie mogą traktować rodziców w sposób iście roszczeniowy, obwiniać za niepowodzenia, domagać się wobec nich wynagrodzenia za każdą wykonaną czynność, czy nieustannej pomocy w pokonywaniu przeciwności. Dziecko powinno nauczyć się od najmłodszych lat, czym jest cierpliwość, konsekwencja, ale też porażki, bo nie da się tego uniknąć przez całe życie.

„Pokolenie, które przyszło na świat w okresie boomu demograficznego, żyje w przekonaniu, że poczucie własnej wartości jest jego podstawowym pragnieniem. W związku z tym można zaobserwować rozwój zupełnie nowego zjawiska: rodziny, w której centralne miejsce zajmuje dziecko.”




Czy takie zachowania świadczą o naszej nadopiekuńczości? Być może. Należy jednak wrócić pamięcią do czasów swojego dzieciństwa. Ja nie pamiętam, żeby któreś z moich rodziców oglądało się bez przerwy za nami. Każde miało swoje liczne obowiązki, pracę i tego czasu za dużo nie było. Pamiętam, że mama wołała nas tylko na posiłki, a my z bratem wychodziliśmy z domu rano, wracaliśmy na wieczór. Dzisiaj, nie da się ukryć pęd życia, środowisko, nadobowiązkowość sprawia, że rodzice z braku czasu, ale też, by dzieci nie zawracały im za dużo głowy są zbyt pobłażliwi i na wiele wyrażają swoją aprobatę, wyręczają w wielu obowiązkach. A tak być nie powinno, bo w ten sposób wyrządzamy im krzywdę. Dzieci powinny uczyć się gospodarności i obrotności. Takim podejściem i zachowaniem wyrządzamy im tylko krzywdę, raczej nie odnajdą się w rzeczywistości, która niesie przecież ze sobą dużo złego, mniej dobrego. Egoizm wyuczony w dzieciństwie pozbawia ich przyjaciół, uczy samotności, czy korelacji z innymi.

„Kiedy wyręczasz dzieci w tym, co mogą zrobić same, ograbiasz je z niezwykle cennych doświadczeń. To możliwość uczenia się na własnych błędach, wykonania ciężkiej pracy i osiągnięcia zamierzonego celu. Ale też zdolność sprostania wyzwaniom, współpracy z innymi, poczucie dumy z dobrze wykonanego obowiązku i budowanie pewności siebie niezbędnej do podejmowania kolejnych życiowych zadań. Ograbiasz je także z podstawowych potrzeb: poczucia przynależności i wyjątkowości, które są fundamentem udanego życia rodzinnego.”

Autorka, Amy McCready w swojej publikacji podaje konkretne przykłady typowych zachowań dzieci w różnych sytuacjach i na ich podstawie dokonuje pewnej ich selekcji, segregując na dobre i złe. Ponadto, podpowiada rodzicom, jak w tym czy innym przypadku należy postąpić. Autorka przedstawiła również rodzicom listę prac dla dzieci dostosowanych do wieku, ich poziomu rozwoju i umiejętności. Jestem ciekawa, ile z nich umieją Wasze dzieci?









Bardzo podoba mi się również to, że autorka nie podaje tylko suchych faktów, czy niezręcznych dla rodziców sytuacji zachowań dzieci, ale stara się z należytą precyzją, skrupulatnością podchodzić do każdego omawianego przykładu osobno, analizując je krok po kroku, podając racjonalne wskazówki, rozwiązania. Ale, temat nie dotyczy tylko niekontrolowanych emocji dzieci. Mowa jest także o problemach z nagradzaniem, roli mediów społecznościowych w życiu rodziny oraz o budowaniu w dziecku poczucia bycia sobą i wszelkich związanych z tym niedoskonałości.


„Epidemia egoizmu” Amy McCready to bardzo mądra i inspirująca publikacja dla rodziców, której autorka proponuje trzydzieści pięć narzędzi wspomagających w racjonalnym wychowaniu dzieci, opartym na wzajemnym szacunku, budowaniu wartości i samodzielności. Merytorycznie dopracowana w najdrobniejszym szczególe, oparta na konkretnych przykładach i wskazówkach. Zrozumiała, przejrzysta i czytelna.

Polecam!



Za egzemplarz dziękuję:









czwartek, 10 sierpnia 2017

[Wyniki konkursu] Wyniki konkursu z książką Anny Konstanty "To był maj" :)





Kochani!

Wiem, dzisiaj przypada ostatni dzień, kiedy powinnam opublikować wyniki. Autorka jest na wakacjach i ma ograniczony dostęp do internetu, dlatego tak to się wszystko przedłuża. Ale, zmieściłyśmy się w czasie.

W pierwszej kolejności, bardzo wszystkim dziękujemy za udział. Nie było dużo tych odpowiedzi, ale każda z nich wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. A, jako zadanie konkursowe mieliście opisać swój wyjątkowy maj. Taki, który Wam coś przyniósł, zaskoczył, zapadł w pamięci.

Autorka wytypowała dwa z nich. Dodam tylko jeszcze, że pozycji z przyjemnością patronuję medialnie. 





Serdecznie gratuluję!
Czekam na Wasze adresy do wysyłki nagród bądź na e-mail: stokrotka954@wp.pl, bądź w wiadomości prywatnej na Facebooku przez trzy dni od opublikowania wyników. Adresy przekazuję Wydawnictwu Novae Res, które wysyła nagrody.


W zakładce - KONKURSY, trwają jeszcze inne, ale wypatrujcie, bo niebawem ruszą nowiuśkie :)










[Audiobook] „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (czterech prawych i sześciu lewych)” Justyna Bednarek :)





StoryBox

Czyta: Anna Wodzyńska

Czas trwania: 1 godz. 10 min.




Świetna lektura na nudne, deszczowe chwile i nie tylko rzecz jasna. Poprawi humor, rozbawi, rozjaśni szary świat. Justyna Bednarek pokolorowała dziecięce wyobrażenia o skarpetkach, które podobnie jak my, mogą być politykiem, wybawcą z kłopotów, robić karierę. Uroku dodaje znakomita interpretacja Anny Wodzyńskiej, która czaruje głosem, oddając słuchaczowi przestrzeń na własne zobrazowanie tych cudownych opowieści, z których każda jest wyjątkowa, mądra i wyczulająca na inny temat. Anna Wodzyńska oddała całą esencję tej książki, barwiąc głos odpowiednio z podziałem na role, dialogi czy dynamiczne opisy. Tę dynamikę wyczuć można nawet z Jej głosu. Rewelacyjnie!


O tym, że skarpetki trafiają w różne dziwne miejsca dowiadujemy się już na początku. To właśnie wtedy wysypuje się kosz z brudną bielizną i skarpetki, niekoniecznie te od pary, dostają się do czarnej dziury pod pralką. A wtedy... Wtedy to przygoda murowana. Dziesięć skarpetek, dziesięć wspaniałych, momentami szalonych przygód. Humor i dobra zabawa gwarantowane. Ale, są i wzruszenia. Szczególnie przy opowieści o czerwonej aksamitnej skarpetce, która pomogła wygrać pani Generałowej konkurs na najpiękniejszy ogród różany i tym samym spełnić marzenie staruszki. Albo przy tej o królu z jedną nogą. Ale, niektóre z tych szalonych skarpetek należących do Małej Be. robiły wielkie kariery – jedna została politykiem, inna detektywem, jeszcze inna zwiedzała świat statkiem, czy gwiazdą filmową. 





Intrygujące opowieści, z których każda ma do przekazania co innego, cenniejszego. Morał każdej z nich podkreśla wartości, jakimi kierują się w swych rolach małe skarpetki. A, jak wiadomo, do szczęścia nie potrzeba bogactw, ani wiele cennych przedmiotów. Szczęście dają proste rzeczy, drobne gesty, współczucie, wywołanie uśmiechu na twarzy, zaopiekowanie się słabszym, samotnym, biednym. To uniwersalne wartości, które powinniśmy dzieciom przekazywać od najmłodszych lat.


Justyna Bednarek zachwyca lekkością pióra, zwięzłością, pomysłowością opisywanych historyjek, którym nie szczędzi emocji, dobrego humoru, mądrych morałów, a nawet refleksji, czy pewnej nuty sentymentalizmu. Wszystko jest zrozumiałe i wyraziste. Zaś Anna Wodzyńska nadaje całości odpowiedniego tonu swoją barwną, żywą, świetną interpretacją.


Audiobook polecam wszystkim – i małym, i dużym!




Za audiobooka dziękuję:









Wywiad ze Skarlet, współautorką cyklu książek o magicznej Bułgarii :)



Skarlet i Alberta mieliście okazję już kilka razy poznać na moim blogu, przy okazji ich książek o słonecznej, magicznej, ale wciąż odkrywanej na nowo Bułgarii. Zarażają swoją miłością do tego kraju nie tylko przez swoje publikacje, bardzo odbiegające od łatwo dostępnych przewodników, ale przede wszystkim pasją podróżowania. Te książki są wyjątkowe, bo napisane z głębi serca i doświadczenia, wszystkiego, co widzieli na własne oczy, a czym chcieliby podzielić się z czytelnikami.



Fot. nadesłana. Z prywatnego albumu autorki



Bułgaria to niekończąca się opowieść, w której zawsze jest coś nowego i ciekawego do opowiedzenia. Skarlet jest niezwykle sympatyczna, ale wiernie strzeże swojej prywatności, o której mówi niewiele, a nawet wcale. Skąd sentyment do tego, a nie innego kraju? Co podoba się Jej i współtowarzyszowi Albertowi w ich wspólnych wojażach? Co jeszcze ciekawego mi powiedziała?

Zapraszam na wywiad.


Skarlet. Skąd ten sentyment i wielka miłość do Bułgarii?

Często powtarzam, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Czas mijał, a moje uczucie się nie zmieniało. Powiedziałabym nawet, że dojrzało. Bułgaria i całe Bałkany bardzo zyskują przy bliższym poznaniu. Trudno więc się odkochać - nie tylko mnie.


Skąd w ogóle pomysł, by to Bułgaria właśnie stała się takim Waszym wspólnym punktem odniesienia? Miejscem na ziemi? Gdzie Wy właściwie mieszkacie z Albertem na stałe?

Albert nie miał wyboru, bo urodził się w Bułgarii. A jak już zaczęliśmy podążać tą samą ścieżką, los zadecydował, że właśnie tu spędzimy większą część naszego życia.
Na pytanie o dom zawsze odpowiadamy, że mamy dwa domy: Polskę i Bułgarię. I chociaż bardzo się od siebie różnią, są dla nas jednakowo ważne. Niestety, nigdy nie udawało się nam sprawiedliwie podzielić czasu pomiędzy te nasze dwa domy. Od 3-4 lat faworyzujemy Polskę, choć nie jest nam łatwo, bo nie zawsze umiemy się w niej odnaleźć. Ale uczymy się.

Jesteście rodzajem swoistych globtroterów. Przemierzacie wspólnie Bałkany, by w swoich książkach opisywać to, co najpiękniejsze, najciekawsze. Co podoba Wam się w tych wojażach najbardziej?

Uwielbiamy podróże. Każda jest inna i każda ekscytująca. Nawet jak docieramy po raz „en-ty” do tego samego miejsca, zawsze udaje się nam odkryć coś czego nie dostrzegliśmy wcześniej.
Lubimy poznawać nowe zakątki i zawsze próbujemy poczuć ich atmosferę.
Piękne jest to, że dzięki podróżom i dzięki ludziom opowiadającym o miejscach, w których się znaleźliśmy, możemy przemieszczać się nie tylko w sensie dosłownym. Możemy przymknąć oczy i powędrować w przeszłość. A na Bałkanach jest to dość łatwe, bo wiele budowli sprzed nawet 2000 lat pozostaje otoczonych dziewiczą przyrodą i w tych, które są oddalone od turystycznych ścieżek, wydaje się, że nic się nie zmieniło, dzięki czemu wyobraźnia ma pole do popisu.

Grafika przygotowana przez Skarlet


Czy opisaliście już wszystko, co było możliwe do opisania, wszelkie, nawet tajemne i magiczne zakątki tego kraju?

Nie. Bułgaria to niekończąca się opowieść. Przekazaliśmy bardzo niewiele. W pierwszych dwóch książkach z serii „Bułgaria znana i nieznana” (Z Ruse do Varny i Kierunek Burgas) próbowaliśmy opowiedzieć o miejscach, znajdujących się na trasach najbardziej znanych polskim turystom.
W „Magicznych górach”napisaliśmy o Rodopach, o których Vazov (wielki bułgarski poeta) słusznie mawiał: „Ten kto nie widział Rodopów, nie widział Bułgarii”. I to co napisaliśmy, to ułamek tego co chcielibyśmy powiedzieć. O tych naprawdę magicznych górach można by pisać w nieskończoność i wspominamy o nich także w nowej książce „W bałkańskim kociołku”, w której odwiedzimy wiele zakątków w różnych, jeszcze nie opisywanych przez nas rejonach Bułgarii, ale nie tylko, bo zrobimy też mały „skok w bok” do Grecji i z powodu jasnowidzki Vangi, także do Macedonii.


Okładka nadesłana przez autorkę



Jacy są Bułgarzy, ze społecznego punktu widzenia, tak najogólniej mówiąc?

Zdecydowanie inni. Wszystko robią na odwrót. Mówiąc tak, kiwają głowami w przeciwnym kierunku niż reszta Europy, tańczą i śpiewają w niespotykanym nigdzie indziej rytmie (muzykoznawcy określają muzykę bałkańską mianem „takty bułgarskie”), jak mówią „na prawo” to znaczy, że idą prosto, a ślub to u nich „brak”. Na pewno żyją na większym luzie, są bardzo otwarci i towarzyscy, mówią sobie na „ty” (niezwykle rzadko używają formy pan/i), są przesądni i wierzą w magię, także w magię ziół.
To tyle – najogólniej mówiąc, choć tak naprawdę, w przypadku Bułgarii, która jest zlepkiem narodowości, nie powinno się nic uogólniać, bo każda społeczność jest wierna swoim tradycjom i obyczajom. Pomimo nie małych różnic kulturowych i wyznaniowych, jakimś cudem udaje im się funkcjonować obok siebie, wspólnie świętować, a nawet modlić się w tych samych miejscach. I mamy nadzieję, że tak pozostanie i że nie pojawi się iskra, która spowoduje wielki wybuch, o który (jak wiadomo) na Bałkanach nie trudno.
W każdej książce staramy się przybliżyć specyficzną mentalność ludzi i ich charakterystyczny styl bycia i życia, opowiadamy także o małych społecznościach. bo naszym zdaniem, między innymi dzięki wielkiemu zróżnicowaniu, cały region jest bardzo ciekawy.

Nawiążę do pytania poprzedniego, ale zapytam o kobiety – Bułgarki, jakie one są?

Bardzo różne. To jakie są i jak żyją zależy od tego z jakiej pochodzą społeczności.
W Polsce mianem Bułgarki określa się ogół kobiet mieszkających w Bułgarii. Natomiast w samej Bułgarii, to słowo odnosi się raczej do narodowości. Sytuacja Bułgarek nie różni się od sytuacji Polek. To jaka jest ich rola w życiu rodzinnym, zależy od tego jaki mają charakter, w jakiej wychowały się rodzinie, jakie mają poglądy. Wcale nie rzadko, to one podejmują ważne rodzinne decyzje.
Zupełnie inna jest sytuacja kobiet urodzonych i wychowanych w społecznościach Turków lub Pomaków. W tych grupach głową domu jest mężczyzna. Przede wszystkim na wsiach istnieją bardzo tradycyjne rodziny, w których zdarza się, że kobieta nie siada przy stole wspólnie z gośćmi.
Pisaliśmy na ten temat w książce „Magiczne góry”, bo na terenie Rodopów mieszka spora grupa Turków i Pomacy (muzułmanie z korzeniami bułgarskimi, z których niewielka część uważa się za Turków) mający inne zwyczaje niż Bułgarzy.

Fot. nadesłana przez Autorkę


A jaka jest kultura Bułgarii? Chodzi mi o gałąź sztuki. Gdybyście mieli ją porównać do polskiej kultury. Jakie są jej cechy wspólne, czego zazdrościcie Bułgarom, do czego jeszcze nam daleko, czego możemy się od nich nauczyć?

Bułgaria ma długie tradycje w śpiewie chóralnym i ikonografii. Rejon Sofii może się pochwalić sztuką śpiewu polifonicznego, wpisaną na listę kulturowego dziedzictwa UNESCO i uznaną za Arcydzieło Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Na liście UNESCO jest też sztuka tkania kilimów w bułgarskim Chiprovtsi.
Nie ma żadnej różnicy między Polską a Bułgarią w sensie istniejących instytucji związanych z kulturą (placówek kulturalnych) i gałęzi sztuki. Ponieważ mieszkańcy całego kraju są tradycjonalistami i stare obyczaje żyją, na pewno jest więcej miejsc poświęconych sztuce ludowej.
Bułgarzy bardzo dbają o przekazywanie swoim dzieciom przywiązania do zwyczajów, tańca, muzyki i robią to skutecznie. I myślimy, że takie postępowanie jest godne naśladowania.

Literatura Bułgarii. Jaka jest? Może jest jakiś Wasz ulubiony pisarz, pisarka?

Wydarzeniem literackim ostatnich lat była powieść „Fizyka tęsknoty” - poety i prozaika Georgi Gospodinova - nominowana do wielu nagród literackich w Europie i przetłumaczona na kilkanaście języków. Berliner Zeitung pisał o książce: „niesamowita, sentymentalna, śmieszna, wzruszająca, filozoficzna i poetycka”. „Fizyka tęsknoty” nie była pierwszą powieścią tego autora, która zrobiła światową karierę. Na 19 języków przetłumaczono także jego książkę „Powieść naturalna”.
Bułgarscy Czytelnicy na pewno chętnie czytają książki osadzone w realiach, które znają, bo łatwiej im się utożsamiać z bohaterami mającymi te same problemy. Odpowiedzią na to zapotrzebowanie jest ciekawy, nowy tytuł „Grecka kawa”, powieść z wplecionymi elementami autobiograficznymi debiutującej autorki Kateriny Hapsali. Główni bohaterowie to bułgarsko greckie małżeństwo. Rzecz dzieje się na Bałkanach podzielonych granicami, które (jak to ktoś trafnie ujął) „dzielą i łączą”.
Od bardzo wielu lat, niezmienną popularnością cieszy się w Bułgarii książka „Tiutiun” (Tytoń) Dimitara Dimova. Akcja powieści osadzona jest po odzyskaniu niepodległości, po 500 latach niewoli osmańskiej. Książka świetnie pokazuje skomplikowaną historię i ludzkie losy. I my chętnie do niej wracamy, bo jest naprawdę ciekawa.
Musimy jeszcze wspomnieć o powieści „Osydyni dushi” – Skazane dusze - też Dimova (była wydana także w języku polskim, chyba pod innym tytułem). Autor opowiada w niej o wojnie domowej w Hiszpanii i miłości pewnej kobiety do zakonnika, z góry skazanej na porażkę. Na podstawie książki powstał bułgarski film (polski tytuł „Dusze stracone”) z Janem Englertem w roli głównej.


Jakie są Wasze najbliższe plany wydawnicze?

W najnowszej książce (pod roboczym tytułem) „Smaki bałkańskiej podróży” będzie dużo o ludziach i obyczajach i też w treści znajdą się przepisy. Właśnie rodzi się jej pierwsza część „Lato”.
Przygotowywane jest też nowe, papierowe wydanie książek z serii „Bułgaria znana i nieznana” z wkładkami, na których w kolorze znajdą się zdjęcia, które dotychczas były czarno białe. Uwagi naszych Czytelników spowodowały, że te prace zostały podjęte, ale to nie znaczy, że zniknie dotychczasowe wydanie. Będą dostępne dwie wersje, ta w kolorze na pewno będzie droższa. Jako pierwsze ukażą się „Magiczne góry”.

Coś od siebie dla czytelników:

Wszystkich naszych Czytelników serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy, że są z nami.Bardzo cieszymy się, że niektórzy znajdują czas skreślić, a właściwie „wyklikać” do nas parę słów. Dzięki temu wiemy, że są tacy, którzy wybrali się w podróż z nami i do Varny i do Burgas i w Rodopy. I są też zdecydowani zajrzeć do „bałkańskiego kociołka”, oczywiście jak już będzie dostępny.Bardzo interesuje nas opinia każdego Czytelnika i prosimy o sugestie dotyczące tematów, które będziemy mogli wykorzystać pisząc następną książkę.Tych, którzy nie mieli okazji nas odwiedzić, a są ciekawi świata i kultur z nutkami orientu zapraszamy na stronę książek:www.dobulgarii.blogspot.com

Bułgaria znana i nieznana. Z Ruse do VarnyBułgaria znana i nieznana. Kierunek Burgas!Bułgaria znana i nieznana. Magiczne góryZiołowa magiaKuchnia bałkańskaA w bałkańskim kociołku. Notatki z podróży po krańcu Europy Smaki bałkańskiej podróży. cz. 1 Lato (prace nad książką trwają)
Z podróży do świata retro cz. 1 i 2










środa, 9 sierpnia 2017

„Ali i Nino” Kurban Said. Między Wschodem a Zachodem rodzi się miłość...






Wydawnictwo W.A.B

Ilość stron: 302

Nowość wydawnicza



Książka, która uwodzi czytelnika od pierwszych wersów swoistym klimatem kaukaskich krajobrazów oraz piękną, niemożliwą wręcz miłością, która narodziła się w trudnym czasie i być może skazana była na niepowodzenie, jednak trwała mimo wszelkich przeszkód i przepaści kulturowych. Piękna i tragiczna w swej wymowie. Autor elektryzuje pięknym, poetyckim wręcz językiem, o który w dzisiejszych czasach trudno, plastycznymi opisami i intrygującym zamysłem samej fabuły, a wszystko na tle wojny i rewolucji październikowej.


Ali jest młodym Azerem, muzułmaninem. Nino to piękna, młoda księżniczka Gruzji, chrześcijanka. Każde z nich wychowane w innej kulturze i światopoglądzie. Ich miłość rodzi się spontanicznie, bezwarunkowo, niewinnie. Czy jest możliwe, żeby w tych trudnych warunkach miała szansę przetrwać? Różnice kulturowe, religijne, I wojna światowa, rewolucja październikowa, to tylko niektóre przeszkody na drodze ich wspólnego szczęścia. Autor nakreślił bardzo wyrazistych bohaterów. To bohaterowie, którzy wiedzą czego chcą, są świadomi swych decyzji, przyszłych wyborów. Ciężko też, podejmować im jakiekolwiek rozsądne decyzje, kiedy stopień trudności piętrzy się coraz bardziej sytuacją na świecie, kiedy wybucha wojna, giną znajomi. 


Ali zyskał moją sympatię stanowczością, z jaką podchodził do związku z Nino. Skrupulatnie zyskiwał aprobatę rodziców dziewczyny, szedł za głosem serca, przeciwstawiał się zasadom panującym w muzułmańskim związku, gdzie kobieta była dodatkiem do mężczyzny, nie miała żadnego prawa głosu, a jeśli już, to mężczyzna i tak robił naprzeciw jej podpowiedziom. Ali nie chciał mieć haremu, chciał mieć tylko Nino. Był szczery w swych uczuciach. Nie poszedł na wojnę przelewać krwi w imię Allaha, jak pozostali. Miał swoje poglądy i tym uchronił się od nieszczęścia.


Nino to chrześcijanka, świadoma swego wychowania w duchu europejskim. Jeszcze młodziutka, ale kocha Aliego i wie, że tylko z nim chce dzielić swoje przyszłe życie. Dla dziewczyny kultura muzułmańska jest nieco pokrętna i niezrozumiała. Zdaje sobie sprawę, na czym polega i jaki jest stosunek muzułmanów do swoich żon. Jest przeciwna pewnym regułom. Kiedy przychodzi czas, tych dwoje łączy się w sakramencie. 




Różnice kulturowe, wychowawcze, czy religijne, przepaści światopoglądowe, tło szaleńczej wojny, trudne decyzje, ciężkie wybory. Autor znakomicie nakreślił swoich bohaterów, skonstruował dialogi, poraża szczerością, buntuje wyznaniem zasad i wartości bliskich i znajomych głównej pary bohaterów. Odkrywa przed czytelnikiem meandry krajobrazów magicznego Wschodu, piaszczystej, gorącej perskiej pustyni oraz kłębiące się emocje, które są wręcz odczuwalne na własnej skórze. Zaskakujące zakończenie zwieńcza tę niesamowitą historię pięknej miłości – wbrew wszystkim i wszystkiemu. Kruszy skały, burzy „mury”.


„Ali i Nino” Kurbana Saida to powieść o pięknej, trochę szalonej miłości. Ale czy tylko? Ta miłość dzieje się na tle szaleństw wojennych i rewolucyjnych. To powieść poruszająca ważne aspekty przepaści kulturowych. Lekka, wręcz poetycka, ale niezwykle emocjonalna, wzruszająca i refleksyjna. Czy my, współcześni, umiemy odczytywać takie historie?


Polecam!



Za egzemplarz dziękuję:







[Zapowiedź wydawnicza] Wrześniowa premiera Wydawnictwa Initium :)



Mario Giordano
CIOTKA POLDI I SYCYLIJSKIE LWY


Premiera: 12/09/2017

Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 400



Bawarski wulkan w cieniu Etny

Widok na morze. Słońce. Spokój.

Kiedy Poldi, tuż po swoich sześćdziesiątych urodzinach, przeprowadza się z Monachium na Sycylię, nie pragnie niczego więcej. Ale w swoich planach nie uwzględniła rodziny zmarłego eksmęża. Sycylijczycy z krwi i kości naturalnie chcą nauczyć Poldi zasad dolce vita. Koniec ze spokojem. A jakby tego było mało, pewnego dnia znika bez śladu Valentino, który pomagał Poldi w domu i ogrodzie. Czyżby dostał się w szpony mafii? Na drodze prywatnych poszukiwań Poldi spotyka atrakcyjnego commissario Montanę. Ten nie chce, by kobieta wtykała nos w śledztwo, ale kiedy bawarski wulkan wybuchnie, nic nie jest w stanie go zatrzymać…


W dniu swoich sześćdziesiątych urodzin moja ciotka Poldi wyprowadziła się na Sycylię, żeby w wytworny sposób zapić się na śmierć, spoglądając na morze. Tego w każdym razie wszyscy się obawialiśmy, ale ciotce ciągle coś stawało na przeszkodzie. Sycylia jest skomplikowana, tutaj nawet umrzeć nie da się ot tak, po prostu, zawsze coś wchodzi człowiekowi w paradę. A potem wydarzenia zaczęły następować po sobie lawinowo: ktoś zostaje zamordowany, nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Więc jasna sprawa, ciotka Poldi, uparta i bardzo bawarska, musiała wziąć sprawy w swoje ręce. I od tego zaczęły się problemy.


Sympatyczne, lekko skonsternowane spojrzenie na Sycylię, jej piękno, stereotypy oraz absurdy – i detektyw w spódnicy – nie sposób jej nie pokochać!


FRAGMENT POWIEŚCI:

Rozdział 1

Opowiada o tym, jak i dlaczego Poldi przybywa na Sycylię i co sądzą o tym jej szwagierki. O tym, że bez peruki i butelki brandy ani rusz. O tym, jak Poldi zaprasza na pieczeń wieprzową, składa siostrzeńcowi propozycję nie do odrzucenia i poznaje sąsiadów przy Via Baronessa. I o tym, jak wkrótce potem jeden z nich, niestety, znika.


Moja ciotka Poldi w dniu swoich sześćdziesiątych urodzin wyprowadziła się na Sycylię, by tam elegancko zapić się na śmierć, spoglądając przy tym na morze. A w każdym razie właśnie tego wszyscy się obawialiśmy. Niepotrzebnie, bo jak się okazało, ciotce i tak coś wiecznie stawało na przeszkodzie. Sycylia jest skomplikowana – tu nawet umrzeć nie można tak po prostu, ciągle coś wchodzi człowiekowi w paradę. A potem wydarzenia zaczynają następować po sobie lawinowo, ktoś zostaje zamordowany, nikt nic nie widział, o niczym nie wie. Więc jasna sprawa, że ciotka Poldi, uparta i bardzo bawarska, musiała wziąć sprawy w swoje ręce i zaprowadzić porządek. I od tego zaczęły się problemy.

Moja ciotka Poldi. Była olśniewającym zjawiskiem, uwielbiała dramatyczne występy. W ostatnich latach przybrała nieco na wadze, a alkohol i melancholia, trzeba przyznać, pozostawiły na jej twarzy pewne ślady, mimo to nadal była atrakcyjną kobietą, umysłowo w szczytowej formie, w każdym razie na ogół. Nie mówiąc o modzie. Kiedy ukazał się album Music Madonny, ona pierwsza na Westermühlstraße zaczęła nosić biały kowbojski kapelusz. W jednym ze swych pierwszych wspomnień widzę ją z wujkiem Peppe, jak stoi na tarasie moich rodziców, cała w jaskrawych oranżach, z piwem w jednej i papierosem w drugiej ręce, a cały świat drży w posadach od śmiechu, wstrząsającego całym jej ciałem, niezmordowanymi zrywami. Przerwy robiła tylko na świńskie kawały, przeplatane przekleństwami, które, powtarzane następnego dnia na szkolnym dziedzińcu, czyniły ze mnie gwiazdę.

Isolde i Giuseppe poznali się w Monachium, w telewizji, gdzie Poldi pracowała jako kostiumolożka, a wujek Peppe jako krawiec, który to zawód, z braku innych talentów oraz wizji, przejął po swoim ojcu, a moim dziadku, tyranie i hipochondryku, któremu również brakowało talentu i wizji w przeciwieństwie do jego ojca, czyli mojego pradziadka, Barnaby. Barnaba w latach dwudziestych bez znajomości choćby jednego słowa po niemiecku wyemigrował do Monachium, by zbić majątek na lukratywnej hurtowni owoców południowych. Ale zbaczam z tematu.

Poldi i Peppego połączyła wielka miłość. Niestety, parę rzeczy poszło kompletnie nie tak. Dwa poronienia, alkohol, kobiety w życiu wujka, rozwód, choroba wujka, jego śmierć, tamta historia z posiadłością w Tanzanii i parę innych niewesołych zakrętów, uskoków i błotnych lawin w życiu ciotki – wszystko to sprawiło, że popadła w melancholię. A mimo to nadal często się śmiała, kochała, ostro tankowała i po prostu nie potrafiła odpuścić, kiedy coś szło nie po jej myśli. Czyli w gruncie rzeczy zawsze.

Poldi kochała swój zawód. Ale w ostatnich latach coraz częściej traciła zlecenia na korzyść młodszych koleżanek. Telewizji wiodło się gorzej, nastały ciężkie czasy, a Poldi miała coraz mniejszą radość z pracy. Pech chciał, że tamta nieszczęsna sprawa z Tanzanią pozbawiła ją niemal całych oszczędności. A potem jedno po drugim zmarli jej rodzice, zostawiając jej w spadku mały domek na obrzeżach Augsburga. A ponieważ Poldi nienawidziła tego domu i wszystkiego, co było z nim związane – niewiele myśląc, postanowiła wyskrobać ostatnie pieniądze i spełnić swoje ostatnie życzenie: umrzeć, patrząc na morze. W gronie rodziny.

Oczywiście rodzina domyślała się, że Poldi, przy swej skłonności do melancholii, zamierza dopomóc temu umieraniu paroma kieliszeczkami, i uznała, że należy temu przeciwdziałać wszelkimi sposobami i na wszystkich frontach. Mówiąc „rodzina”, mam na myśli głównie moje trzy ciotki: Teresę, Caterinę i Luisę, oraz wujka Martino, męża Teresy. Ciotka Teresa, która nami rządziła, próbowała przekonać Poldi, żeby sprowadziła się do nich, do Katanii, już choćby ze względu na kontrolę społecznościową.

– Poldi, co będziesz siedziała taka samiutka? – lamentowała w swoim najlepszym monachijskim dialekcie. – Osiądź gdzieś niedaleko nas, będziesz miała do kogo gębę otworzyć, z kim w karty zagrać, wszystko sobie załatwisz na piechotę, teatr, kina, supermarket i szpital praktycznie miałabyś za rogiem, nawet paru przystojnych policjantów by się u nas znalazło.

Zero szans. Widok na morze – takie było wewnętrzne postanowienie Poldi – i widok ten, wraz z zapierającą dech w piersiach panoramą z tarasu na dachu, dostała. Na wprost morze, a za plecami, wystarczyło się odwrócić, Etna. Czego chcieć więcej? Głupio tylko, że Poldi, z tym swoim chorym kolanem, ledwie pokonywała schody na dach.

Torre Archirafi jest miłą, zaspaną dziurą na wschodnim wybrzeżu Sycylii, położoną między Katanią a Taorminą, która ze względu na ciągnące się kilometrami nabrzeże pełne ostrych skał z zastygłej lawy praktycznie nie nadaje się do jakiejkolwiek turystycznej eksploatacji, gentryfikacji czy oszpecenia. Tak mogłoby się przynajmniej wydawać. W istocie fakt ten nie powstrzymuje mieszkańców od pozbywania się swoich śmieci na brzegu morza, wzajemnego utrudniania sobie życia oraz latem wbijania klockowatych drewnianych platform i bud z jedzeniem między skały, gdzie całe rodziny oraz młodzi ludzie z Katanii spędzają weekendy na kąpielach słonecznych, jedzeniu, czytaniu gazet, sprzeczkach, jedzeniu, słuchaniu radia, jedzeniu i flirtowaniu, a wszystko to przy ogłuszających dźwiękach niezidentyfikowanych basów oraz odurzającym zapachu olejku kokosowego, oleju do smażenia i fatalizmu. I pośrodku tego wszystkiego – moja ciotka Poldi. Nigdy nie pojąłem czemu, ale uwielbiała to.

Za to zimy w Torre były wilgotne i chłodne. Ołowiane i twarde fale piekliły się na wysuniętych w morze łamaczach, jakby chciały zagarnąć całe miasteczko, i każdym swoim słonym oddechem malowały na sufitach kolejne kwiaty czarnej pleśni. Klimatyzacja i dychawiczne kaloryfery nie miały najmniejszych szans. Już pierwszej wiosny po wprowadzeniu się na Via Baronessa, zaraz w kwietniu, ciotka Poldi musiała odmalować cały dom. I tak co roku na nowo. Zimy w Torre to nie igraszka, ale przynajmniej trwają krótko.

Po zakupy jeździło się do pobliskiego Riposto albo najlepiej od razu do Megamercato Hipersimply, gdzie można dostać wszystko. W samym Torre były jeszcze tylko małe tabacchi z artykułami pierwszej potrzeby, prowadzone przez signora Bussaccę, pasticceria Cocuzza ze smutną signorą i ristorante, którą nawet koty omijały szerokim łukiem. Ale Torre Archirafi ma źródła wody mineralnej i choć rozlewnia w porcie została zamknięta już w latach siedemdziesiątych, dla moich ciotek pojęcie acqua di Torre wciąż wiele znaczyło. Z bocznej ściany starej rozlewni nadal wystawały rządkiem mosiężne krany, z których mieszkańcy Torre za darmo mogli pobierać wodę mineralną.

– I jak smakuje? – zapytałem uprzejmie, kiedy Poldi po raz pierwszy w zachwytach opowiedziała mi o publicznej stacji napełniania wody, jakby to była fontanna z płynną czekoladą.

– Oczywiście obrzydliwie! A co myślałeś? Ale chodzi o lokalny patriotyzm.


Wujek Martino, który z zawodu był sprzedawcą skarbców i kas pancernych dla banków, co było zajęciem dość lukratywnym, i który Sycylię zna jak mało kto, bite cztery tygodnie woził Poldi wzdłuż i w poprzek wyspy między Syrakuzami a Taorminą, w poszukiwaniu odpowiedniego domu. Ciotki zdołały przynajmniej przekonać Poldi, by zawęziła poszukiwania do rejonu w promieniu maksymalnie godziny jazdy samochodem z Katanii. Żaden dom nie spełniał jednak oczekiwań Poldi, w każdym znajdowała coś, do czego mogła się przyczepić, skrytykować albo wydrwić. A przy tym kierowała się w gruncie rzeczy tylko jednym, za to dość ezoterycznym kryterium.

– Wiesz – szepnęła mi – to całkiem proste, ja to czuję od razu. Są dobre miejsca o dobrych wibracjach i złe miejsca o złych wibracjach. Pośrodku, musisz wiedzieć, nie ma nic, to jest w pewnym sensie cyfrowe, jak struktura binarna szczęścia.

– Jak co???

– Oj, nie przerywaj mi ciągle. Ja od razu czuję, czy miejsce jest dobre czy złe. To może być miasto, dom, mieszkanie, wszystko jedno. Czuję to od razu. Energię. Karmę. Czy lód wytrzyma, rozumiesz? To się czuje.

Niestety, nie poczuła tego w przypadku żadnego domu, który wyszukały dla niej ciotki. Lód nie wytrzymywał, co powoli zaczynało dawać się we znaki nawet wujkowi Martino, który generalnie z każdą godziną spędzoną za kółkiem robił się coraz bardziej rześki, nie uznawał klimatyzacji, nawet w sierpniu z zasady nie pijał wody, ani łyczka, za to palił mniej więcej tyle, ile oddychał.

Pamiętam wakacyjne wycieczki z wujkiem Martino, kiedy z powodu pierwszego poparzenia słonecznego musiałem zrobić sobie przerwę od plaży. Wycieczki! Dwunastogodzinne przeprawy przez piekło Dantego w powietrzu przypominającym płynne szkło, bez wody i ochłody, w kompletnie zadymionym fiacie regata. Kiedy opuszczałem boczną szybę, sirocco przypiekał mi twarz żywym ogniem i tarł jak papierem ściernym. Wolałem już oddychać dymem papierosowym. Wujek Martino gadał do mnie bezprzerwy. Nawijał o historii Sycylii, o pochodzeniu najlepszych pistacji, o lordzie Nelsonie i siostrach Bronté, o życiu w średniowieczu, o królu Sycylii Fryderyku II, rynku Vucceria w Palermo, wędrówkach tuńczyka i trzebieniu łowisk przez japońskie trawlery, a także o mozaikach z katedry w Monreale. Komentował transmisje Radia Radicale z włoskiego parlamentu. Perorował o cyklopach, Grekach, Normanach, Arabach, generale Pattonie, Luckym Luciano i żółtych jedwabnych apaszkach. O jedynym możliwym sposobie przyrządzania granity. O aniołach, demonach, Trinacrii, prawdzie o Kafce i komunizmie oraz o zależnościach wzrostu i skłonności kryminogennych w obrębie męskiej populacji Sycylii. Żelazna zasada mówiła: im mniejszy mężczyzna, tym bardziej niebezpieczny, i większe prawdopodobieństwo, że jest mafiosem. Wujkowi bynajmniej nie przeszkadzało, że ledwie go rozumiałem. Mój włoski był szczątkowy. Poza paroma przydatnymi przekleństwami i słówkami che schifo, allucinante, birra, con panna, boh, beh i mah – zestaw podróżny słownictwa młodzieżowego na plażę – praktycznie nie istniał. Wujek Martino zupełnie się tym nie przejmował, nawet kiedy w końcu zabrakło mi sił nawet na to, by dać jakikolwiek znak życia. Po prostu jechał dalej, paląc, trajkocząc, z każdą godziną młodszy i bardziej rześki, jak jakiś sycylijski Dorian Gray. W przerwach, w tych rzadkich momentach, w których milkł na krótko, by zapalić kolejnego MS, wypowiadał imię swej żony:

– Teresa.

Tak po prostu, znienacka, jakby była gdzieś w pobliżu, w bagażniku albo pod tylnym siedzeniem, a on musiał powiedzieć jej coś ważnego.

– Teresa!

Na tę osobliwą formę miłosnego zaklęcia nie należało odpowiadać, ciotka Teresa zaś zapewniła mnie kiedyś, że słyszy go za każdym razem, gdy wujek ją przywołuje, obojętnie, jak jest daleko.

Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się pod prowincjonalnym bankiem w jakiejś wypalonej słońcem dziurze, gdzie ja wreszcie dostawałem colę, a wujek Martino wypijał caffé z dyrektorem banku, zawierał transakcję albo przykładał rękę do zablokowanych drzwi skarbca, na co te otwierały się w cudowny sposób. Wujek w ogóle znał parę sztuczek, do których zaliczało się między innymi zbieranie grzybów. A przy okazji pokazywał mi okultystyczne freski świątynne w ośmiokątnych romańskich kościółkach, chłodne, tajemne korytarze w arabsko-normańskich zamkach i nieprzyzwoite sztukaterie w barokowych pałacach. Ot, co akurat odkrył podczas swych wojaży po Sycylii.

Nikt nie znał Sycylii lepiej niż mój wujek Martino, ale znalezienie odpowiedniego domu dla Poldi stanowiło wyzwanie nawet dla jego tubylczego doświadczenia i znajomości terenu, ba – dla całej jego życiowej mądrości.

– Przez pierwsze dni moja taktyka polegała na tym, żeby skruszyć Poldi – wyznał – zmiękczyć ją, żeby rychło zdecydowała się na jakiś dom w pobliżu. Upał, jazda samochodem, frustracja: idealna taktyka w wojnie pozycyjnej. Ale twoja ciotka jest po prostu niezniszczalna, nie do pokonania. Jak czołg. Jęczy i złorzeczy, pot cieknie jej spod peruki jak z nieszczelnej beczki, ale nie popuszcza. Twarda z niej sztuka. Madonna, próbowałem wszystkiego.

– I jak w końcu znaleźliście ten dom?

– Przez przypadek.

Milczał i palił, palił i milczał. A ja czekałem. To też był rodzaj wojny pozycyjnej. U wujka taktyka ta sprawdzała się zawsze, bo on z natury chce gadać, nie potrafi inaczej, jak nieustannie nadawać.

– Psiamać! No dobra, słuchaj. To był ostatni dzień, popołudnie, odbębniliśmy pięć domów, ja na skraju rozpaczy, nie wiem, co robić, potrzebuję caffè. Więc zjeżdżam najbliższym zjazdem z provinciale.

– Na Torre Archirafi.

– Mówię, przypadek. Nawet nie mieliśmy tam żadnego domu na oku. Zatrzymaliśmy się dosłownie tylko na caffè w tym małym barze, wiesz, tym ze smutną signorą przy kasie. Wszczynam pogawędkę z jakimś jegomościem, rozmawiamy o tym, o owym. A Poldi? Już zaczyna się wiercić, już gdzieś ją niesie. Ale ja nie zamierzam dać się poganiać, potrzebuję chwili oddechu, zamawiam jeszcze jedną caffè i gawędzę sobie z tym miłym panem. Poldi nie wytrzymuje, wypada z baru i… znika.

– Znika? Poldi? Jak to znika?

– Madonna, w znaczeniu przenośnym, oczywiście! Po prostu nie wraca. Po jakimś czasie zaczynam się denerwować i idę jej szukać.

Zgasił papierosa, wytrząsnął z paczki kolejnego, zapalił.

– Ale jej nie znajdujesz – próbuję nakierować go z powrotem na właściwe tory.

– Jakby zapadła się pod ziemię. Zagaduję księdza, który właśnie nadchodzi z naprzeciwka, opisuję mu Poldi. A jego świątobliwość, cały w zachwytach, już wie, o kogo chodzi. Ach, miła signora Poldina z Monaco di Baviera! Moje nazwisko oczywiście też już zna, całe drzewo genealogiczne, wie, że szukamy domu, i pokazuje mi stary dom pośrodku uliczki, przy której stoimy. I co ja widzę? Ruina, mówię ci, rozwalająca się ruina, tylko koty, jaszczurki, janowiec i duchy. Wchodzę do środka i widzę, jak zaaferowana Poldi biega między ścianami z lawy wulkanicznej, mierzy krokami pomieszczenia, potupuje, jakby sprawdzała grunt. Na mój widok woła: „Lód wytrzyma! To jest to! To dobre miejsce! Widziałeś, jak się nazywa ta ulica? Dobre wibracje, czysta pozytywna energia!”. Jej słowa. „To jest mój dom!”, wykrzykuje. Wszelki opór zbyteczny, znasz ją przecież.

– A ten dom był w ogóle do kupienia?

– Żartujesz? Nie słyszałeś, co mówiłem? – Wujek złożył ręce jak do modlitwy i potrząsnął nimi z ożywieniem. – Ru-i-na! Oczywiście do ściany była gdzieś przyklejona przedpotopowa kartka z napisem „Na sprzedaż” i numerem telefonu. Właściciel nie mógł uwierzyć w swe szczęście, kiedy Poldi do niego zadzwoniła. Resztę znasz. Jak by mnie kto pytał, to przepłaciła, za takie pieniądze mogłaby ci zrobić na pięterku porządną łazienkę.

Nie wiem, czy ciotka Poldi przepłaciła za dom przy Via Baronessa, i jest mi to obojętne. Wspaniałomyślnych ludzi nie da się oszukać, a Poldi jest najbardziej wspaniałomyślną osobą, jaką znam. Nigdy w życiu nie pozwoliła sobie czegoś podarować, nigdy nie domagała się, by coś sprzedano jej taniej. Każdemu, kto jej pomagał, dobrze płaciła, rzemieślnikom, spazzino i Valentino, a w restauracji zawsze dawała sute napiwki. Nie żeby szastała pieniędzmi na prawo i lewo, nie miała ich przecież zbyt wiele, ale mamona nigdy nie była dla niej ważna.

Faktem jest, że kupując dom, Poldi trafiła w dziesiątkę, co potwierdził mój kuzyn Ciro, który jest architektem i na takich sprawach się zna. Odpowiadając życzeniom i skromnym zasobom finansowym Poldi, w ciągu kolejnego roku odrestaurował dom przy Via Baronessa i wyposażył go tak, jak chciała. Istotnie był to piękny, proporcjonalny dom. Położony w drugiej linii od morza, nie za mały, nie za duży, trzypiętrowy, z barokowym balkonem, niewielkim cortile i wspomnianym już tarasie na dachu, z którego roztaczał się spektakularny widok na morze i wulkan. Wciśnięty w cienistą uliczkę na tyłach nabrzeżnej promenady, jaśniał odcieniami lila i słonecznej żółci, z zielonymi okiennicami i kanciastą mosiężną tabliczką, która z daleka obwieszczała, kto mieszka przy Via Baronessa 29: Isolde Oberreiter. Moja ciotka Poldi. A na poddaszu co parę tygodni także jej siostrzeniec z Niemiec. Jakoś od samego początku stanowiłem część inwentarza, na równi z afrykańskimi bożkami z hebanu i porcelanowym pudlem naturalnej wielkości.

Kiedy rok później dom był gotowy do zamieszkania, a monachijskie mieszkanie – pomijając duchy wspomnień – puste, wóz meblowy wyruszył w stronę Alp, Apeninów i Etny. Stare alfa romeo Poldi, wyładowane bagażami i zatankowane do pełna, czekało na Westermühlstraße na swoją ostatnią wielką podróż. No i na mnie. Bowiem ze względu na paniczny lęk Poldi przed lataniem oraz na to, że tak długa jazda samochodem w pojedynkę i na trzeźwo w jej przypadku nie wchodziła w grę, ciotki zmusiły mnie, abym to ja zawiózł Poldi z Monachium do Torre Archirafi.

– Przecież sam decydujesz o swoim czasie i jesteś niezwiązany – wyjaśniła mi przez telefon ciotka Caterina, głos rozsądku w naszej rodzinie. – A pisać równie dobrze możesz u nas, może nawet tu będzie ci lepiej.

Co miało znaczyć: i tak jesteś bezrobotny, uchylasz się od pracy, nawet dziewczyny nie masz, chociaż mężczyźni w twoim wieku już dawno mają pozakładane rodziny, więc równie dobrze możesz się obijać u nas, może będzie z tego coś dobrego.

I ostatecznie tak się stało.

Między Monachium a Torre Archirafi czekała mnie jednak jeszcze trzydziestoczterogodzinna jazda alfą z lat o osiemdziesiątych, wyposażoną w silnik o zbyt dużej mocy i pałąki przeciwkapotażowe, której Poldi za cholerę nie chciała wymienić na bardziej praktyczną pandę i którą i tak jeździła zbyt rzadko, jako że do prowadzenia auta trzeba przecież być trzeźwym.

– Moglibyśmy pojechać do Genui, a potem przytulnie załadować się na prom do Palermo – zaproponowałem nieśmiało, ale Poldi tylko popatrzyła na mnie z politowaniem. Mój błąd. Powinienem był wiedzieć. Jeśli istniało jakieś słowo, którym gardziła z całego serca, to „przytulnie”.

– No wiesz, skoro to cię przerasta…

– Nie, w porządku – wydusiłem i potoczyliśmy się przed siebie. Nigdy nie przekraczając setki, przepełźliśmy przez przełęcz Brenner, spłynęliśmy pomalutku w dół buta, w ślimaczym tempie minęliśmy Mediolan, Florencję, Rzym i Neapol, cały czas autostradą aż do Reggio di Calabria, o świcie na promie między Scyllą a Charybdą pochłonęliśmy pierwsze arancini di riso, w Mesynie zgubiliśmy drogę i właśnie tam Poldi uparła się, że ostatni odcinek do Torre pojedzie sama. Docisnęła gaz do dechy i astmatyczny silnik alfy zawył. Kiedy przybyliśmy do Torre, ucałowałem ziemię i podziękowałem Matce Bożej za ratunek i ponowne narodziny.

– Wszystkiego najlepszego – wystękałem. Był to bowiem dzień, w którym moja ciotka Poldi skończyła sześćdziesiąt lat.


Wujek Martino i ciotki co parę dni wpadali do Torre, by doglądać Poldi. Ciotki miały bowiem swój własny projekt: utrzymać Poldi przy życiu tak długo, jak to możliwe, a przynajmniej pobudzić w niej choć minimalny apetyt na życie. Dla Sycylijczyków radość z życia opiera się na dwóch filarach: na dobrym jedzeniu i rozmowach – a właściwie sporach – o dobrym jedzeniu. Wujek Martino na przykład codziennie odwiedzał swoją świątynię, czyli targ rybny w Katanii. Tak naprawdę nie było to wesołe miejsce, tylko coś w rodzaju giełdy, gdzie spięci mężczyźni, w najwyższym stopniu skupieni, krążyli wokół straganów z rybami, sprawdzając jakość oferty oraz ceny, licząc na część brzuszną tuńczyka albo na to, że któryś z rybaków przybędzie trochę później z miecznikiem, kiedy już wszyscy zaopatrzą się w ryby i będzie można kupić go po niższej cenie, i to świeższego niż u kogokolwiek innego. Cała ta procedura to nie igraszka i trwa parę godzin. Wujek z ciotką Teresą chadzał też na grzyby pod Etnę. Po chleb jeździł za Etnę, a po jajka do pewnego warsztatu samochodowego koło Lentini, gdzie zmutowane kury składały jaja z dwoma żółtkami. Granitę jadło się tylko u Ciprianiego w Acireale, cannoli alla crema di ricotta tylko u Savii przy Via Etnea w Katanii. Kiedy raz pochwaliłem pasticcerię Russo w Santa Venerina za marcepan, wujek tylko warknął z pogardą – i od razu pojechał tam ze mną, by na miejscu zbadać sprawę, a potem z uznaniem wyrazić się o mojej inteligencji. Czereśnie musiały być z S. Alfio, pistacje z Bronte, a ziemniaki z Giarre, dziki koper włoski z pewnego skrywanego w tajemnicy starego pola na pokładach lawy, gdzie przy odrobinie szczęścia można było znaleźć też wielkie jak talerze boczniaki, o ile Terranova nie splądrowali go wcześniej. Arancini di riso jadało się tylko u Urny w San Giovanni la Punta, zaś pizzę w Il Tocco za zjazdem z provinciale, zaraz za stacją Esso. Smaczne mandarynki to tylko te z Syrakuz, a figi wyłącznie od ulicznego handlarza w San Gregorio, skądkolwiek pochodziły. Jeśli w ogóle jadło się rybę poza domem, to jedynie u Don Carmelo w Santa Maria la Scala. Tam również podawali najlepszą pasta al nero di seppia. Życie było skomplikowane, kraj dławiony kryzysem i korupcją, mężczyźni wciąż do czterdziestki albo do ślubu mieszkali u rodziców, bo nie mogli znaleźć pracy – ale w sprawach kulinarnych nigdy nie szło się na kompromis. I to właśnie podobało się Poldi w Sycylii, jako osobie ciekawej świata i rozkochanej w rozkoszach zmysłów. Jej zdaniem wujek nie znał się tylko na winie, bowiem i on, i ciotki pili je niechętnie. W ogóle na Sycylii mało się pije, najwyżej łyczek do kolacji, to wszystko. Początkowo stanowiło to pewien problem dla Poldi, do momentu, gdy odkryła dział win w Hipersimply, a później poznała Gaetano Avolę i jego winnicę w Zafferana. Ale tu zbytnio wybiegam naprzód.


Ciotka Poldi zaczynała dzień od prosecco na przebudzenie. Po nim wypijała espresso z prądem, a potem aplikowała sobie porządny strzał prądu bez espresso. Czasami, kiedy przypływy melancholii były wyjątkowo dotkliwe, wybierała się na spacer do Praioli, na małą, odludną, kamienistą plażę. Było to magiczne miejsce, z wodą jak przejrzysty płynny kobalt, poprzecinaną grudami lawy, wygładzonymi przez morskie pływy i przypominającymi rdzawe jaja dinozaurów. Zwykle była tam całkiem sama. Dopiero w środku lata na plażę ściągały rodziny, obładowane radioodbiornikami, koszami piknikowymi, lodówkami, dmuchanymi akcesoriami i parasolami przeciwsłonecznymi, zostawiając po sobie śmietnik. W październiku plaża zaczynała przypominać wysypisko śmieci, a zimą ulegała oczyszczeniu przez sztormy. Ciotka Poldi zanurzała czasem stopy w przejrzystej wodzie, wrzucała do morza jakiś wyjątkowo piękny okaz jaja dinozaura w darze dla wujka Peppe, składała dłonie i mówiła: „Namaste, życie”. A potem dodawała: „A pocałujcie wy mnie wszyscy w dupę”.

O jedenastej przychodziła pora na pierwsze piwo pszeniczne, które wypijała przy dźwiękach rozkręconej na cały regulator Glorii Umberto Tozziego, który swym zawodzeniem mógłby doprowadzić do obłędu nawet syreny w Cieśninie Mesyńskiej.

Kiedy odwiedzało nas moje kuzynostwo, ryczeliśmy do wtóru, tylko zamiast „Gloria” wyliśmy „Poldi”. Było to coś w rodzaju naszego hymnu.

Dziwne, ale sąsiedzi nigdy się na to nie skarżyli. Jeszcze dziwniejsze było to, że od pierwszej chwili pokochali Poldi, zanosili jej do domu zakupy, wykonywali drobne naprawy, chodzili z nią do urzędów i zapraszali na karty. Nieważne, jak bardzo sponiewierało ją życie – w jej towarzystwie każdy czuł się dobrze. Sąsiedzi mówili na nią „donna Poldina”.

Sąsiadami po lewej byli signora Anzalone z mężem, oboje już trochę starsi. Dom po prawej był własnością dottore Branciforti, doradcy podatkowego z Katanii, który zjawiał się tu najwyżej na weekendy (wraz z kochanką), tudzież w miesiącach letnich (wraz z rodziną). Na końcu ulicy mieszkał Elio Bussacca, właściciel tabacchi na rogu. To on naraił ciotce Valentino.

W pierwszych tygodniach po przeprowadzce wszystko przebiegało zgodnie z planem. Ciotka, zapełniwszy swoje cztery ściany starymi meblami, rustykalnymi szafami, kolekcją antycznej broni po ojcu, afrykańskimi bożkami z hebanu i porcelanowymi bibelotami, przepijała na zmianę to w stronę morza, to w stronę wulkanu. Kiedy zwracała się ku Etnie, z szacunku dla wielkiego kopciciela zapalała jednego MS, czyli jak mawiali Włosi, morto sicuro, popijając kielonkiem brandy.

Skwar zdawał się spływać po niej jak rosa po liściu lotosu, choć pot aż się kroplił pod jej peruką.

No właśnie – peruka.

Nosiła ją, odkąd sięgam pamięcią. Potężne, czarne monstrum, które w zależności od panującej mody przybierało różną formę i wznosiło się na głowie ciotki niczym burzowa chmura. Jak głosi rodzinna legenda, nikt jeszcze nie widział, co się pod nią kryje. Nawet wujek Peppe wypowiadał się na ten temat nader oględnie. Przypuszczam, że Vito Montana w swoim czasie dostąpił zaszczytu zajrzenia pod świętość ciotki, ale i on zachowywał w tej kwestii dyskretne milczenie.

Zaraz w pierwszą niedzielę po przeprowadzce Poldi zaprosiła ciotki, kuzynów, kuzynki oraz mnie (wciąż odpoczywałem po podróży w jednym z pokoi gościnnych na poddaszu) na pieczeń wieprzową w sosie piwnym, knedle i kapustę. W południe. W połowie lipca. Na Sycylii. Na powitanie podano w szklankach martini, którym mógłby się urżnąć nawet fiński marynarz. Podczas gdy Poldi doprawiała sos do pieczeni, wlewając łyk piwa na przemian do garnka i w siebie, my, jak pingwiny na sztormie, tłoczyliśmy się pod markizą w małym rozgrzanym patio. Chociaż trzeba przyznać – pieczeń pachniała wybornie. Kiedy Poldi, zlana potem, z głową rozpaloną do czerwoności, wyniosła na patio monstrualnych rozmiarów mięsiwo, w panice zerwałem się z miejsca.

– Schowaj się do cienia, ciociu!

Ale ona jak zwykle tylko popatrzyła na mnie z politowaniem.

– Chłopcze, czy ty uważasz, że przyjechałam na Sycylię, żeby siedzieć w cieniu? Ja pragnę słońca, takiego prawdziwego, z mocą! Il sole! Gdyż albowiem we Włoszech słońce jest facetem, tak samo jak morze i wulkan, i w końcu dla tych trzech facetów tu przyjechałam! Usiądźcie wreszcie, a ja przyniosę knedle.

Pieczeń była jak poezja, la fine del mondo, nawet przy czterdziestu stopniach w cieniu. Moi kuzyni, którzy z natury rzeczy dość sceptycznie podchodzili do niemieckiego jedzenia, ociągali się wprawdzie, ale po pierwszych ostrożnych kęsach wtranżalali, aż im się uszy trzęsły. Tylko modrej kapusty nie tknęli, jak zwykle. W każdym razie upał nikogo nie zniechęcił do jedzenia.

– A powiedz, jak ty właściwie zamierzasz wrócić do Niemiec? – zwróciła się do mnie ciotka Poldi prosto z mostu.

Wzruszyłem ramionami.

– Za jakiś czas zarezerwuję sobie bilet na samolot.

Pokręciła głową, jakbym powiedział coś głupiego.

– Nie podoba ci się w pokoju gościnnym na pięterku?

– No, podoba.

– Piszesz?

– Ujdzie.

– A można by coś przeczytać?

To było dokładnie to pytanie, którego nienawidziłem.

– Wiesz, ciociu, w tej chwili raczej nie, bo tekst niejako jest w toku. Work in progress.

Podczas podróży w przypływie lekkomyślności opowiedziałem jej o swoim autodestrukcyjnym projekcie: zamiarze napisania wielkiej, epickiej, niemiecko-sycylijskiej sagi rodzinnej obejmującej trzy pokolenia. Powieści grubaśnej, jędrnej, soczystej, erudycyjnej, pełnej zwrotów akcji, błyskotliwych obrazów, osobliwych postaci, zarośniętych łotrów, eterycznych piękności, z nagością, meandrami miłości, szelmostwami, skwarnymi dniami i aksamitnymi nocami, pełną historycznych równoległych wątków. No, po prostu wielkie dzieło, mój bilet do światowego sukcesu. Głupio tylko, że ani trochę nie posuwałem się naprzód. Totalna blokada, spięcie, syzyfowa praca już na pierwszych metrach. Wszystko to wyznałem między przełęczą Brenner a Mesyną, a ciotka tylko kiwała głową, bo na porażkach to ona się znała.

– Bo wiesz, tak sobie pomyślałam, że jeśli ci się na pięterku podoba, to możesz zostać. Ewentualnie przyjeżdżać częściej, w sensie, regularnie. Żeby pisać i zbierać materiały. No i podszkoliłbyś włoski.

Jęknąłem.

– Wielkie dzięki, ale stawiasz mnie pod jeszcze większą presją.

Z jakiegoś powodu ciotka nie odpuściła.

– Ja nie rozumiem, czego ty chcesz! Masz tam, na górze, własną łazienkę, masz spokój. Możesz przychodzić i wychodzić, kiedy zechcesz, a gdyby coś ci wyszło w kwestiach amore, to zawsze możesz ją tu przyprowadzić.

Jeszcze tego brakowało. Moje ciotki oczywiście natychmiast przyklasnęły z zachwytem, bo dzięki temu na miejscu byłby ktoś, kto miałby oko na ciotkę Poldi. Kiedy w następną niedzielę ciotka Teresa zaprosiła mnie na obiad, wiedziałem już, że wszelki opór jest bezcelowy. Pomyślałem, że przynajmniej będę mógł delektować się porażką, spoglądając na morze. Dobre i to. I tak raz w miesiącu na koszt ciotek przylatywałem z Niemiec, pomieszkiwałem na poddaszu domu przy Via Baronessa, a wieczorami ze zdumieniem słuchałem, jak lekko zawiana ciotka opowiada o postępach w śledztwie w sprawie zabójstwa Valentino.






wtorek, 8 sierpnia 2017

„Drzewa kochać potrafią. Bajędy” Katarzyna Georgiou. O niezwykłej symbiozie między człowiekiem a Naturą




Wydawnictwo Eurosystem

Ilość stron: 98



„Tik tak, tik tak, tik tak, tak
czas ucieka, czasu brak.

Stój, zatrzymaj się człowieku!
Dokąd tak przed siebie gnasz?
Pęd na oślep, za pieniądzem,
a na życie kredyt masz?
[...]”
Z wiersza „Zegar życia” str. 54


Tym swoistym apelem do Czytelników rozpocznę swoje rozważania na temat wyjątkowej książki. Wyjątkowej i niezwykle ważnej. Cieszę się, że dotarła do mnie i mogę delektować się jej mądrością w każdej chwili, na wyciągnięcie ręki. Katarzyna Georgiou potrafi zaczarować słowem, odkrywając kawałek po kawałeczku suspens życia, zatrzymując w kardach swych bajęd jego magię i niezliczone tajemnice, afirmując przywiązanie człowieka do Natury. 


Wbrew tytułowi, Autorka nie prowadzi przez całą książkę tylko dyskursu o drzewach. Czytając każdą z tych opowieści miałam wrażenie, jakby Poetka oprowadzała mnie po zaklętych zakamarkach swych ukochanych miejsc i przyciszonym głosem opowiadała o wszystkich ich tajemnicach, zatrzymując się przy każdym ważnym, szczególnym punkcie zwrotnym, który daje silę i motywację, instrument do grania na strunie bytu, wprawiając słuchacza w nastrój melancholii, czy sentymentalny powrót do korzeni. A towarzyszy tym wędrówkom muzyka lasu, wiejskiego ogrodu, czy wód znad stawów.







Cała publikacja podzielona jest na trzy uzupełniające się rozdziały. W pierwszym z nich „Bajędy z lasów i pól” otrzymujemy garść przepięknych, mądrych i czarownych gawęd o leśnych i polnych strażnikach czasu, przeplatane misternymi, sugestywnymi wierszami, które są ich dopełnieniem. Drzewa są tutaj, jak nie trudno się domyśleć, przewodnikami: „ […] Drzewa kochać potrafią,/ Są cierpliwe w znoszeniu naszych błędów,/ aż do czasu przebudzenia/ kiełkującego w rozrastającej się świadomości/ coraz liczniejszych serc/ i umysłów zniewolonych.// Las Kronikarzy, zielonych nauczycieli -/ daje wytchnienie i obiecuje człowiekowi/ liczne dobrodziejstwa.” 

Drzewa w ujęciu poetyckim, czy w formie bajęd przez Autorkę urastają do Strażników Lasu, odkrywają przed człowiekiem symbiozę powiązań, są znakomitymi słuchaczami, obserwatorami. Autorka nie szczędzi w nich personifikacji, ale równie często podkreśla, jak wielkie szkody czyni człowiek lasom i bądź co bądź ich mieszkańcom. Jak wielokrotnie też podkreśla, las to nie tylko drzewa, to również zwierzyna tam mieszkająca, dla której las jest jedynym schronieniem przed skutkami działalności człowieka. Autorka opowiada o swych wieloletnich obserwacjach: „Ciekawe rzeczy dzieją się w lesie i ciekawe lekcje Natura nam daje, że nie wspomnę o Zwierzętach – Przewodnikach, na które natrafiamy wówczas, kiedy potrzebujemy ukierunkowania w życiu.” To, że drzewa mają też właściwości lecznicze wiadomo od wieków, szczególnie dotyczy to aspektów psychicznych. Do drzew można się przytulać, schronić, posłuchać, co mają nam do powiedzenia. I, gdyby kiedyś przyszło im przemówić, z wrażenia moglibyśmy czasem zaniemówić.






Bliskie sercu są mi opowieści z drugiego rozdziału „Bajędy z wiejskiego ogrodu i wiedźmińskiego domu”, w którym Autorka podkreśla jakość życia na wsi, gdzie wyznacznikiem stają się pory roku, czas biegnie zupełnie inaczej, a ta więź z Naturą jest odczuwalna głębiej i dosadniej. Poetka nie ukrywa, że od niedawna i Ona stała się pełnoprawną gospodynią wiejskich włości: „Zapragnęła wiedźma domu z duszą starą,/ wyszukała chatę – całkiem piękną, jarą./ Nic jej nie dziwiło, nic nie frasowało,/ gdy ją zakupiła za sumkę niemałą.” Z należytą cierpliwością Poetka przygląda się temu życiu, sąsiadom, wiejskim zagrodom, rytmowi pór roku. 

Sugestywnie, subtelnie z nutką rzewności wspomina o wiosennych przygotowaniach Natury do rozbudzenia się ferią barw i zapachów, mówi o rodzinnych świętach, które na wsi celebruje się jakoś tak inaczej, o docenieniu własnego kąta pod lipowym drzewem: „Lipa w kulturze Słowian jest kobiecym Drzewem Życia, drzewem o leczniczych, uzdrawiających właściwościach, które z nabożną czcią całowano i składano przed nim ofiary. To święte drzewo kobiet w kulturach słowiańskich – pod nim dokonywano obrzędowo inicjacji dziewcząt”, raz po raz krasząc swe wywody różnymi ciekawostkami, czy przywołując nie tylko słowiańskie, ale i indiańskie przypowieści, jak chociażby te o „Koszykach zmartwień” uwalniające ducha od zmartwień i żali, wspomagające modlitwy o spełnienie marzeń i życzeń. A, jeśli zaś nie wiecie co symbolizuje krowa, radzę sięgnąć do książki.






W trzecim rozdziale „Bajędy znad stawów” przyglądamy się Dolinie Żurawi i symbolicznym znaczeniom zwierząt zamieszkujących wodne tereny, wkraczamy w magiczny świat ptaków oraz własnych myśli niczym niezmąconych. Poetka podkreśla, jak ważny jest spokój duszy i serca, samotność otulona szpalerem drzew, zachodzącym i wschodzącym słońcem, subtelnym brataniem się z Naturą i celebrowaniem każdej chwili. To podsumowanie prowincjonalnej pieśni toczącego się tuż obok nas życia, które mknie gdzieś na przekór wszystkim i wszystkiemu: „na przekór wojnom i pożogom/ i obłędowi dni powszednich,/ na przekór złu i zakłamaniu/ w szumie medialnej informacji/ na przekór ludzkiej hipokryzji/ w niedzielnych modłach rozgrzeszanej/ piszę dziś pieśń...”







„Drzewa kochać potrafią” Katarzyny Georgiou to podkreślające najważniejsze wartości zbiór bajęd i poezji. Mądre, sugestywne i niezwykle plastyczne. Poetka daje czytelnikowi przestrzeń na chwile refleksji, zaglądając do lasu, nad stawy, w każdą niemal dziuplę i jamę, by jeszcze bardziej podkreślić wagę niezwykłej symbiozy człowieka z Naturą, do której ostatnio wracamy coraz chętniej. Natura ma niesamowitą energię, dlatego warto czerpać z niej wszelkie pokłady dając też coś od siebie, nie tylko szkody i straty. A drzewa? Drzewa są magicznymi członkami tej symbiozy i od nich powinniśmy uczyć się cierpliwości. Być dobrym człowiekiem, to żyć w zgodzie ze sobą i światem wokół.
Całość dopieszczają zdjęcia Autorki.




Polecam, bardzo!



Za książkę z piękną dedykacją dziękuję Autorce




Użyte wyżej w recenzji zdjęcia są mojego autorstwa.