sobota, 20 maja 2017

[Przedpremierowo] „Wielka wojna z piratami” Edward Kącki




Wydawnictwo Novae Res

Ilość stron: 60


Pozycja jeszcze nie pojawiła się na rynku wydawniczym, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że czekam na nią z niecierpliwością. Bardzo fajna, ciepła i dynamiczna opowieść o niezwykłej rodzinie królewskiej. Twórczość autora miałam okazję poznać przy okazji Jego pierwszej bajki, która została wydana w zeszłym roku - KLIK. Tak jak w poprzedniej, tak i w tej bajce, autor w głównych bohaterów wcielił swoich wnuków. Basia pojawia się w tej również, ale tym razem na pierwszy plan wysuwają się królewicze Arturek i Wiktorek, potem ich kuzynki. 





Cała rzecz ma się o tym, że na dziesiątą rocznicę koronacji króla Jerzego, ojca chłopców, władającym państwem Namara, wyprawiono wielkie przyjęcie, na którym pojawiło się mnóstwo zacnych gości. Bogaci, piękni. Na tym wyjątkowym balu pojawiła się dobra wróżka Dorota z czarodziejskiej Wyspy Skarbów. To ona podarowała Księżniczce Annie czarodziejski pierścień, który miał chronić ją i jej bliskich w chwilach najgorszego zagrożenia. Zaprosiła też całą rodzinę do siebie, by poznali jej Wyspę i atrakcje. Wyprawa morska okazała się dosyć spokojną, ale w drodze powrotnej, na statek królewskiej rodziny, napadli piraci, porywając księżniczkę Annę dla okupu. A chłopcy? Wiktorek ucieka dzięki pomocy delfinka Doro, zaś Arturek wraca do królestwa przygotowując wielką wyprawę do odbicia księżniczki Anny. Jak zakończy się ta wzruszająca historia?





„Wielka wojna z piratami” Edwarda Kąckiego to sympatyczna opowieść o walce dobra ze złem, sile przyjaźni i więzów rodzinnych. Mądra i ciepła, w której dużo się dzieje przygód. Mali bohaterowie tej niezwykłej opowieści, świetnie odnajdują się w swoich rolach. Są oczytani, odważni, sprytni, pochłaniają łatwo wiedzę, mają zainteresowania, pasje, które z wdziękiem i klasą wykorzystują w różnych sytuacjach. Dzięki temu mali czytelnicy mogą utożsamić się z nimi. Zaś autor, dzięki plastycznym, sugestywnym opisom znakomicie oddał klimat wymyślonej przez siebie historii.


Polecam!


Za egzemplarz przedpremierowy książeczki dziękuję Wydawnictwu:





piątek, 19 maja 2017

[Recenzja przedpremierowa. Patronat medialny] „Niebo pod Śnieżką” Joanna Sykat. Rodzinne tajemnice owiane zapachem fiołków...





Premiera 23. 05. 2017 r.

Wydawnictwo Replika

Ilość stron: 304

Książkę znajdziecie:



Przepiękna epicka opowieść Joanny Sykat na pozór przypomina proste, życiowe historie, podobne do tych, które możemy napotkać na swojej drodze. Znając twórczość i pióro autorki, będąc Jej wierną czytelniczką i fanką, śmiało mogę powiedzieć, że najnowsza powieść zabierze Was w sentymentalną podróż w przeszłość, przypomni odrzucone gdzieś na bok chwile, czy zapomniane tajemnice, które potrafią odżyć w naszym sercu w najmniej spodziewanym momencie.

Ósma powieść Joanny napisana piękną polszczyzną, z wątkiem rodzinnej, skrywanej latami tajemnicy i osnową biegnącą wzdłuż - w postaci podróży w przeszłość, tworzące całość jak skrawek tkaniny zszytej w patchworkowej makatce pachnącej fiołkową mgiełką. Główna bohaterka powieści, Kinga jest tuż przed czterdziestką, po rozwodzie. Poznajemy ją w momencie, w którym odwiedza matkę w szpitalu. Jak się okazuje, w szpitalu psychiatrycznym. Co takiego stało się w życiu Heleny, że trafiła w to miejsce? 

Kinga, oprócz przyjaciółki, nie ma kompletnie nikogo. Natalia z córeczką są jej jedyną odskocznią od codzienności, wypełnioną po brzegi tworzeniem coraz to nowszych modeli rękodzielniczych. Przypadkowo znaleziona fotografia matki z czasów młodości, kiedy to Helena była piękną, uśmiechniętą kobietą, z grubym warkoczem na ramieniu i charakterystyczną bluzeczką z fiołkiem, kobieta postanawia odnaleźć przyczynę stanu matki oraz rozsupłać tajemnicę, która blokowała wątkowi i osnowie biec swoim ściśle określonym kierunkiem.





Razem z bohaterką wybieramy się w Karkonosze, w przepiękne, malownicze krajobrazy Kowar i okolic, w których z każdego niemal miejsca widać Śnieżkę. Za sprawą plastycznych opisów możemy towarzyszyć Kindze w tej wyjątkowej podróży, przeplatanej wspomnieniami z dzieciństwa. Kowary pozwolą jej zatopić się w pragnieniu dążenia do odkrycia prawdy. Porządki w szafach babci będą powoli, element po elemencie, stopień po stopniu przybliżać ją do sedna zagadki, rodzinnej tajemnicy. Ocia – dawna opiekunka Kingi to charyzmatyczna i bardzo otwarta osoba, starsza pani przyjaźnie nastawiona do ludzi, ale też powściągliwa, w pamięci której niewiele wspomnień już pozostało. Maks z kolei - przewodnik po wyjątkowych miejscach Kowar i okolicach, oczaruje ją nie tylko bogatą wiedzą historyczną. Dokąd zaprowadzą ją te poszukiwania? Czy kobieta jest w ogóle gotowa na to, co przyniosą? 


Joanna Sykat po raz kolejny udowadnia znakomitą formę swojego pióra. Stworzyła bardzo wyrazistych, charakterystycznych bohaterów, z których każdy wnosi coś ze swojego życia do tej owianej sekretem rodzinnym opowieści. To bohaterowie silni, a jednocześnie krusi wewnątrz. Kinga na pierwszy rzut oka może wydawać się zdystansowana, zamknięta w swoim świecie, ale w rzeczywistości, gdzieś w środku siedzi w niej mała dziewczynka, która pragnie miłości, czułości, zrozumienia.





„Niebo pod Śnieżką” Joanny Sykat to piękna i wzruszająca historia o pięknie prawdziwej przyjaźni, na którą można liczyć w każdym momencie. To opowieść o tajemnicach zamkniętych w kopertach z przeszłości, o pachnących fiołkami wspomnieniach. Autorka za pomocą zręcznych, sugestywnych opisów przenosi nas w najpiękniejsze zakątki Dolnego Śląska przywołując ich ciekawą historię. To powieść, która potrafi od pierwszych wersów zauroczyć nas pięknym językiem. Nie brak w niej zdecydowanych wątków, akcji przesuwającej się odpowiednim rytmem, wyrazistych bohaterów, ciętej riposty, ale i dobrego humoru, jak chociażby we fragmentach z dzieciństwa Kingi. Autorka zadbała, by czytelnik się wzruszył, zmusił do głębszej refleksji oraz spojrzał na swoje życie z innej perspektywy. I oczywiście, jak to w powieści Joasi, zakończenie zaskakuje. Wydaje się, że jego scenariusz jest przewidywalny, pewnych tropów czytelnik się domyśla, a mimo wszystko takie niejednoznaczne zakończenie stanowi pewien rodzaj niedosytu, albo i furtkę uchyloną do dalszej kontynuacji? Kto wie, co autorka jeszcze przygotuje dla czytelników?

Polecam! Pozycji z przyjemnością patronuję medialnie :)






Za możliwość patronatu i zapoznaniem się z przedpremierową treścią książki, dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu:




Superbohaterka szuka pomocników! [Wpis gościnny]



Dzisiaj goszczę na blogu osobę bardzo kreatywną - Zuzannę Gajewską, która wychodzi do Was z pewną propozycją. Jaką? Szczegóły poniżej :)



Fot. Wiesław Leszczyński


Batman ma Robina, a Wolumina potrzebuje Was. Nadszedł czas ratowania ludzi przed nudą. Woluminy ruszają na podbój sieci, a stamtąd do miast i miasteczek. Już niebawem nastąpi inwazja pogromców nudy. A wszystko zaczęło się tak:

Tak jak Wy uwielbiam czytać. Książki i wszystko, co z nimi związane to moja pasja. To dzięki niej powstała moja autorska akcja promująca czytelnictwo – Woluminy. Głos książki.

Pomysł na nią to wynik dwóch obserwacji.

Pierwsza to fakt, że projekty promujące czytelnictwo najczęściej trafiają do osób, które czytać już lubią. To oni przychodzą na wydarzenia literackie, targi książki, spotkania autorskie, zapisują się na warsztaty, wypożyczają i kupują książki. Oni są już przekonani. 

Druga rzecz, to sytuacja, która mi się przytrafiła, kiedy czekałam z córeczką w naprawdę długiej kolejce u lekarza, gdy akurat nie wzięłam książki. Wtedy mogłam zaobserwować znudzone dzieci i zniecierpliwionych rodziców. I pomyślałam sobie, że gdybym miała jednak tę książkę mogłabym poczytać wszystkim i umilić im czekanie.

I nagle: Eureka! Czytanie innym na głos w miejscach publicznych będzie rozwiązaniem obu problemów. Uratuje ludzi przed nudą i pomoże dotrzeć do tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak wspaniałą formą rozrywki jest książka. Pokaże też, że brak czasu nie jest dobrą wymówką nieczytania. Ileż go spędzamy w kolejkach, na przystankach, w autobusach, czyli czekając, nudząc się, niecierpliwiąc? Gdyby książka mogła mówić, powiedziałaby, że czytać można zawsze i wszędzie. Dlatego powołałam do życia "Woluminy. Głos książki".

Na potrzeby akcji stworzyłam i wcielam się w postać Superbohaterki Woluminy, która ratuje świat przed nudą i negatywnymi emocjami związanymi z czekaniem. Mam pelerynę i (czasem) okulary, moim rekwizytem jest megafon, a bronią oczywiście KSIĄŻKA! Moimi pierwszymi pomocniczkami zostały moje córeczki ;) 

Moje pierwsze działania to warsztaty dla dzieci (z podtekstem dla rodziców) i spontaniczne akcje głośnego czytania, np. w przychodni, parku czy pociągu. Chciałam jednak rozszerzyć zakres działań, dlatego złożyłam wniosek na Stypendium Kulturalne Miasta Elbląga. I szczęśliwie zostałam jego laureatką.

W ramach tego wyróżnienia planuję przeprowadzić kilka wydarzeń dla elblążan, w tym: czytanie pacjentom szpitala miejskiego, organizację spaceru literackiego tropem książki elblążanki Agnieszki Pietrzyk, zajęcia dla dzieci i (przede wszystkim) rodziców, a także szereg pojedynczych akcji głośnego czytania w miejscach publicznych. 

Równocześnie do moich działań w świecie rzeczywistym, chciałabym ruszyć w sieci, a poprzez nią zadziałać fizycznie w innych miejscowościach. Być tam, gdzie mnie nie ma. Choć nad tym pracuję, teleportacji jeszcze nie opanowałam, dlatego potrzebuję Waszej pomocy. Pomóżcie mi przekonać nieprzekonanych do książki. Poczytajcie im razem ze mną. Zostańcie pogromcami nudy!

Zapraszam do udziału czytelników oraz książkowych blogerów, vlogerów i influencerów. Zachęcam do przyłączania się także autorów, wydawnictwa, portale książkowe i księgarnie.


Zróbmy hałas. Czytajmy na głos! 


Jeśli zdecydujesz się zostać Ambasadorem akcji, na jej potrzeby nazwanym Pomocnikiem lub wesprzeć akcję w inny sposób napisz do mnie na:

szufladopolka@gmail.com

O szczegółach dowiecie się także na:

czwartek, 18 maja 2017

„Życie. Kilka chwil” Łukasz Berlik, Bartosz Łącki, Karol Maluszczak, Olaf Pajączkowski, Szymon Wiatr. Rzecz o tym, co najważniejsze...







Publikacja powstała we współpracy z Opolskim Towarzystwem Przyrodniczym (http://www.otp.opole.pl/) i jest drugim tomem serii „Mole specjalne”, związanej z czasopismem kulturalno-literackim „Mole” (http://mole-czasopismo.strefa.pl/)

Ilość stron: 52






„Czwarta trzydzieści.
Otwierasz okno: wróbel
czeka na ciebie.”
Chociaż to haiku pojawia się na końcu tomiku, doskonale oddaje jego klimat, przesłanie i cel. Codzienności potrafią przytłoczyć nas na tyle, że w pewnym momencie zaczynamy nie dostrzegać otaczającej nas rzeczywistości, czy po prostu nie zwracamy uwagi na to, co w życiu ważne, najważniejsze. To zadziwiające, a jednocześnie tak oczywiste, ile mamy wspólnego z ptakami. Wiele nas łączy, a jeszcze więcej daje do myślenia. Z naturą człowiek jest związany od początku swojego istnienia, dlatego czujemy tak silną z nią więź. Oby trwała jak najdłużej, bo człowiek robi dużo złego na jej rzecz, a znacznie mniej dobrego. 

O okolicznościach powstania tomiku, twórcy piszą tak: 

„20 marca to Światowy Dzień Wróbla. Naszym celem było przybliżenie Czytelnikom tego sympatycznego ptaka, który wydaje się nam tak bliski, swojski; uważamy, iż zawsze będzie sobie gdzieś w pobliżu ćwierkał. Tymczasem jego populacja ciągle spada. Nie wiem, czy nadejdzie kiedyś taki dzień, że wróbel wymrze. Wiem natomiast, że co prawda taka publikacja wcale nie zapobiegnie spadkowi liczebności, ale być może zwróci uwagę ludzi na problem. I być może będzie dla nich takim sygnałem, że jego przyszłość może być niezbyt świetlana; doceniajmy więc to stworzonko, póki jeszcze mamy szansę je oglądać. I przy okazji być może przypomni nam to o tym, jak niestałe jest wszystko na świecie - a rzeczy, które wydają nam się pewnikami, najłatwiej stracić, bo się ich nawet nie zauważa. Do momentu, w którym znikną. Ale wtedy jest już za późno.
Zapraszam pod adres, skąd można rzecz ściągnąć (albo oglądać online): http://mole-czasopismo.strefa.pl/Zycie.pdf ''

Tomik podzielony został na dwie ważne, elementarne części. Pierwsza część dotyczy oznaczenia przy tekstach na te opisujące wróbla i osobno człowieka, zaś druga dotyka podziału na miesiące, ściśle związane z porami roku, sugerującymi przynależność obydwóch gatunków do pór roku, które ewidentnie, na swoich prawach kształtują kierunek naszych działań. Ale, można śmiało powiedzieć, iż jest jeszcze jedna bardzo ważna część – ta wspólna, uwydatniająca wszystko to, co łączy nas z naturą, a w tym konkretnym przypadku z ptakami:





„Światło i dźwięki
Wtem z jednego krzyku – dwa.
Z cierpienia – życie.”

To moment narodzin. Z krzyku, cierpienia zarówno matki, jak i dziecka oraz ledwo słyszalne dźwięki z zewnątrz, światło oznaczające życie, zapalone w tym najważniejszym momencie, tak ulotnym, że wartym zatrzymania.


A, jako, że mamy teraz najpiękniejszy miesiąc w roku, przykład z tomiku zestawiający życie wróbla i człowieka w ujęciu budzącej się do życia przyrody, która wyznacza każdemu gatunkowi sferę działań i bytu:


Maj


[wróbel]

Ziemia rozkwita

pod słoneczną pochodnią. 

Śnić życie i śmierć. 

[człowiek]

Ogromne słońce

Żar w piersi, światło w oczach

I ostatni krzyk.




Myślę, że idea, jaka przyświeca temu tomikowi jest nie tylko ciekawa. Zwraca bowiem naszą uwagę na to, co być może ostatnio przestaliśmy dostrzegać, a co jest niewątpliwie stałym elementem naszego krajobrazu. Niewiele jest gatunków ptaków, które potrafią przystosować się do naszych warunków klimatycznych i towarzyszyć nam przez cały rok na okrągło, witając nas każdego poranka, o każdej porze dnia.


Sam tomik zaś, dla mnie osobiście jest takim zatrzymanym w kadrze życiem dwóch gatunków, z fotograficzną dokładnością, zręcznie odwzorowaną, zmontowaną w całość ulotnością, bo przecież życie jest zaledwie zlepkiem kilku chwil, pędzi przed siebie jak ten maleńki ptak, przystosowuje się do miejsc, doświadcza wszystkiego co dobre i złe, buduje swoje gniazdo, współgra, współtworzy, ale tylko od niego zależy, jak się ten byt zakończy. W szybkim zapomnieniu, czy na długiej nici pamięci.


Bardzo dobrym pomysłem jest też forma przekazu tomiku. Haiku. Czasami nie potrzeba wielu słów, czy długich prac naukowych, by uwrażliwić na to, co istotne, przedstawiając czytelnikowi problem, czy esencję tego, na co chcemy zwrócić jego uwagę. Dla mnie po prostu świetny!


Polecam i zachęcam do pobrania pliku i czytania!


Dziękuję Panu Olafowi, że zwrócił się do mnie z propozycją napisania tych kilku słów :)

środa, 17 maja 2017

„Kłopot z kobietami” Jacky Fleming. Nietypowa, niecodzienna...




Wydawnictwo Znak Horyzont

Ilość stron: 128

Książkę znajdziecie:



Miałam nie lada orzech do zgryzienia, bo najzupełniej nie wiedziałam od czego zacząć, a na czym skończyć pisać recenzję. I szczerze przyznam, jeszcze nie wiem, jak przekazać Wam najlepsze zalety tej zupełnie niecodziennej książki. Ja osobiście mam ogromny dystans do wielu dziwactw tego świata, dlatego przyjęłam treść tej książki z ogromnym rozbawieniem, jednak wiem, że wielu odbiorców o szczególnie feministycznym ukierunkowaniu poglądowym „spali tę książkę na stosie”. Oczywiście to stwierdzenie w przenośni.

„Już sam genialny Karol Darwin zauważył, że na kartach historii dominują przede wszystkim wybitni mężczyźni. Wielki filozof Artur Schopenhauer ogłosił, że kobieta nigdy nie stworzy żadnego oryginalnego dzieła, ponieważ nie posiada „uwłosienia geniusza”. Jan Jakub Rousseau uważał natomiast, że kobiety powinny oddawać się wyłącznie temu, co dla nich naturalne – zadowalaniu innych.”





Z przymrużeniem oka autorka przedstawia wszelkie, zapisane na kartach historii teorie określające kobietę i jej rolę w życiu, ogólnie. Zabawnie, posługując się prostym, zrozumiałym językiem, lekko, bez ciętych ripost, czy zagadkowości. Kobieta bowiem, sprowadzana jest do ról bardzo stereotypowych. Rolę pierwszoplanowe odgrywają zawsze i tylko zawsze mężczyźni. Przede wszystkim mózg kobiety, według męskich teorii jest wielkości orzecha włoskiego, kobieta nie powinna jeździć na rowerze, ubierać się stosownie do okazji. Absurdalne jest podejście wielkich myślicieli, jak Karola Darwina, Artura Schopenhauera, Jana Jakuba Rousseau do natury kobiecej w porównaniu z naturą mężczyzn, których traktuje się jak geniuszy. Ciekawe i niesztampowe są rysunki zawarte w pozycji. Czarno – białe, jakby wykonane tuszem, bądź cienkopisem, odręczne pismo, podkreślenie tego co w danym momencie najistotniejsze. 







Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam chociaż odrobinę tę niecodzienną pozycję. Zaskakuje pomysłem, oryginalnością, błyskotliwością. Oczywiście, nie powinno jej się przyjmować tak dosłownie, a w przenośni, z dystansem nie wprost. Owszem, kobieta jest tutaj sprowadzona do roli marginalnej, stereotypowej, ale myślę, że jej przekaz zostanie odebrany przez Was tak jak powinien, czyli jako odskocznia od codzienności. Jak przez stulecia wyglądał obraz kobiety? 

A może jest to dobry pretekst do ogólnej dyskusji? Jak współcześnie postrzegana jest kobieta, jakie te obrazy noszą części wspólne? Jakie są różnice?

Jak dla mnie, książka super!


Polecam!


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:



Premiery Wydawnictwa Replika :)





Nakładem Wydawnictw Replika ukazały się następujące tytuły:



Liczba stron: 368

Tytuł dostępny:



Siedem obcych sobie osób, których pozornie nic nie łączy. Zanurzeni w swojej codzienności, przeżywają drobne radości i borykają się ze zwykłymi problemami – zauroczeni życiem, a jednak w pewien sposób nim rozczarowani. Pewnego dnia ich drogi krzyżują się w urokliwym pensjonacie „Raj”, położonym u stóp Śnieżnika. Tam otwierają się na siebie nawzajem, zaczynają się poznawać, rozmawiać, nawiązują się przyjaźnie. Wtedy właśnie dochodzi do wypadku. 

Agnieszka, młoda absolwentka socjologii, wynajęta do zbadania okoliczności zajścia, odkryje, że to, co zdarzyło się w górach, będzie miało znaczący wpływ także na jej życie. Co tak naprawdę się wydarzyło? Kto zawinił? Czy wypadek sprawi, że pogmatwane historie życia osób biorących w nim udział w końcu się wyprostują? 

Wolność wyboru to nie wszystko, jest jeszcze ciężar jego podjęcia. Bohaterowie tej powieści szukają źródła szczęścia i zadowolenia. I znajdują je! Chcecie się przekonać, co nim jest? 
Aneta Kwaśniewska 
ksiazkiweterze.pl


FRAGMENT POWIEŚCI:

7 lipca 2015 
Siedziała na ławce w parku Mickiewicza i w gazecie przeglądała ogłoszenia. Znów nie znalazła nic dotyczącego jej branży. Rano byli u notariusza, podpisali umowę, no i stała się współwłaścicielką lokalu, który za parę miesięcy miał być jej miejscem życia. Czuła się nieswojo po tym, co zrobiła. 
Powie im, ale jeszcze nie teraz. 
Chciała wrzucić gazetę do kosza, ale jej uwagę przykuł niewielki anons na końcu strony: „Jesteś dziewczyną, która otworzy każde drzwi? Posiadasz auto, prawo jazdy i humanistyczne wykształcenie? Jeśli tak, to właśnie Ciebie szukamy”. 
Wyciągnęła z kieszeni komórkę i zadzwoniła. Usłyszała męski głos, należący raczej do osoby młodej, tak jej się wydawało. Słuchała tego, co mężczyzna miał jej do zaproponowania. 
– No, super. Tak, wszystko jest dla mnie jasne. Będę. Ulica Wrocławska, zielona kamienica, za półtorej godziny. Spotkam się z panem Mariuszem Hetmanem. 
– Nie zapomnij o dokumentach. Jak wyglądasz z badaniami lekarskimi? 
– Mam aktualne. 
– Super. Przypomnij mi swoje imię i nazwisko – usłyszała. 
– Agnieszka Wrońska. 
– Brońska? 
– Nie, Wrońska, przez wu. 
Mariusz nie silił się na pogawędkę, jak czyniło to wielu przed nim. Większość jej wcześniejszych telefonicznych zapytań o pracę kończyła się w podobny sposób: 
– Za parę dni zadzwonimy. 
– Super. To podam swój numer telefonu. 
– Nie trzeba. Zadzwonimy. 
Agnieszka niedawno uzyskała licencjat z politologii. To był jej drugi kierunek studiów. Rok wcześniej została magistrem socjologii. W planach miała jeszcze anglistykę, wprawdzie znała ten język bardzo dobrze, ale cóż szkodziło zdobyć kolejny papier? Studiując spełniała się społecznie, najpierw tworząc koło „Rekiny humanistyki”, potem nim zarządzając. Nie musiała troszczyć się o pieniądze, studia finansował jej tata, życie rozrywkowe też, ale dotąd wypłacalna rodzinna firma niestety wpadła w spiralę zadłużenia, zaczęły się kłopoty, a w domu od paru miesięcy mówiło się o likwidacji działalności i o oszczędzaniu. Stefan Wroński, wypalony długoletnim zarządzaniem, nie sprostał czasom i ekspansji firm ze znacznie większym kapitałem, najczęściej nie polskim. Agnieszka podsłuchała rozmowę rodziców na ten temat. Wystraszyła się wtedy. To było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy razem z Szymkiem zdecydowali się na zakup mieszkania. Nie mogła się już wtedy wycofać. 
Przeszła Aleją Niepodległości w stronę Teatru Wielkiego, gdzie na parkingu zostawiła auto. Wsiadła i od razu uchyliła okno. Było parno, miasto dusiło się od słońca i spalin, poznaniacy czekali na deszcz. Spojrzała na zegarek. Miała sporo czasu do umówionego spotkania. Zapaliła silnik, wyjechała z parkingu i skierowała się w stronę ulicy Solnej. Mieszkała z rodzicami na obrzeżach Poznania, właściwie na wsi, w willi na Hubach Moraskich. 
Zastanawiając się, co na siebie włoży i jak się zaprezentuje podczas rozmowy o pracę, zorientowała się, że za Żurawińcem zjechała z ulicy Umultowskiej i drogą bez asfaltu dojeżdżała właśnie do domu. Nie lubiła ciszy panującej w tej okolicy, potrzebowała ruchu, dynamiki i ludzi. Żyła głównie w centrum miasta, a lokalizacja domu rodzinnego była dla niej po prostu niewygodna. By rano dojechać do centrum, stała w kilometrowych korkach, zaś wieczorem, gdy zabawiła za długo w pubie i była po drinku, musiała zostawać na noc u koleżanki albo u Szymona, bo na taksówkę wydałaby majątek. 
Mamę zastała siedzącą w patio w ogrodzie. Okna były otwarte na całą szerokość, drzwi ledwie domknięte, a Danuta Wrońska nawet nie zauważyła, że córka jak burza przemknęła po domu. Wprawdzie trwało to zaledwie kilka minut, ale przecież dziewczyna narobiła sporo hałasu, choćby trzaskając drzwiczkami od szaf. Wychodząc, głośno trzasnęła drzwiami. Specjalnie tak zrobiła. Aga była pewna, że gdyby złodziej chciał wejść do domu i go ze wszystkiego ogołocić, mama wcale by tego nie zauważyła. Nie potrafiła jej zrozumieć, nie po-trafiła do niej dotrzeć. 
To nie tak miało być, żeby córka wychowywała matkę. Tym razem udało jej się przejechać ulicę Naramowicką bez postojów, a zielone światła zapalały się, gdy podjeżdżała do skrzyżowań. Do centrum miasta dojechała w kilkadziesiąt minut. Zostawiła auto w podziemnym parkingu pod Kupcem Poznańskim i po kilku minutach stanęła przed budynkiem na ulicy Wrocławskiej. Stara kamienica z zewnątrz wyglądała skromnie, tylko okna i drzwi były nowe, a po wejściu do środka okazało się, że i klatka schodowa została odremontowana, jeszcze czuć było zapach farby i drewna z balustrad. W budynku panowała cisza, słychać było tylko kroki Agnieszki po trzeszczących schodach. Przystanęła na pierwszym piętrze przed drzwiami z tabliczką: Biuro „Indagacja”. Nazwa ją zaskoczyła. Kojarzyła się z infiltracją. Brrr. Oglądała film o tym tytule, miał być sensacyjny, tymczasem dla niej okazał się thrillerem. Najbardziej przerażający był Jack Nicholson w roli Franka Costello. Wzięła głęboki oddech i wcisnęła dzwonek. 
Do spotkań w sprawie pracy zawsze była bardzo dobrze przygotowana, obce jej były kompleksy, dobrze się czuła w swojej skórze, co było widać i co nadawało jej zadziorności, a nawet bezczelności. Agnieszka była niska, drobna, miała śniadą cerę i ciemne, błyszczące włosy do ramion. Tym razem założyła letnie spodnium w łososiowym kolorze i popielate sandały na bardzo wysokiej platformie. 
Drzwi otworzyła atrakcyjna dziewczyna, mniej więcej rówieśniczka Agi, i nie pytając o nazwisko, zaprowadziła ją do pokoju. Przy dwóch biurkach siedzieli dwaj mężczyźni, na pierwszy rzut oka nieco od Agnieszki starsi. 
– Dzień dobry. Wrońska – przedstawiła się. 
– Witaj, tak, tak, jesteśmy umówieni. – Blondyn uniósł wzrok znad dokumentów, zatrzymał go na chwilę na sylwetce dziewczyny, wstał zza biurka i nie patrząc na przybyłą, wyszedł z pokoju, zabierając ze sobą segregator z naklejką na grzbiecie, oznaczoną numerem trzydzieści siedem. Drzwi zostawił otwarte. Agnieszka ruszyła za nim. 
Pokój obok był niewielki, sprawiałby wrażenie klubowego (stały tam dwa czerwone wygodne fotele i stolik), gdyby nie to, że dwie ściany były zabudowane regałami, na których umieszczono takie same brązowe segregatory opisane numerami na grzbietach. 
– Pierwsze, co musisz wiedzieć i zaakceptować – blondyn miał miły głos, ale mówił twardo, bez cienia uśmiechu – nasi klienci są niecierpliwi, działamy pod presją, nieraz łamiąc konwenanse, i prawie zawsze poruszamy się po drogach na skróty. Czy jesteś na to gotowa? 
Agnieszka chciała powiedzieć, że na skróty i pod presją można działać także z miłym uśmiechem na twarzy, ale ugryzła się w język. Była odważna, niewiele rzeczy zbijało ją z pantałyku, wręcz lubiła przeszkody. Wolała jednak mieć jasność i w nic szkaradnego przy okazji nie wdepnąć. 
– Owszem, jestem gotowa na wiele, oczywiście presja też nie jest dla mnie przeszkodą, skróty nawet lubię, pod warunkiem, że z tego powodu nie zawędruję za kratki. – Spojrzała blondynowi w oczy. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę. 
– Nie ma obaw – lekko się skrzywił, co uznała za uśmiech, ale potem jego mina zdradzała już nieco większy ślad aprobaty. – Widzę, moja droga, że dasz sobie radę. Witaj w organizacji. Mów mi Mariusz. Nazywam się Hetman, gdybyś zechciała mnie sobie sprawdzić w Googlach. – Uśmiechnął się szeroko, podając Agnieszce rękę. Od razu stał się sympatyczniejszy. Otworzył segregator i położył go przed dziewczyną. 
– Przeczytaj. To będzie twoja pierwsza sprawa. 
Było tam ksero strony z Gazety Dolnośląskiej. Czerwonym flamastrem ktoś zakreślił notkę. 
Niespotykany wypadek. 11 maja 2015 roku o 10.50 Marcel S. (40 l.) zawiadomił posterunek policji oraz pogotowie ratunkowe o wypadku. Przy dzikim zejściu ze Szczelińca z urwiska spadli wszyscy uczestnicy wycieczki, której był organizatorem. Lekarze zapewnili, że nikt nie odniósł poważnych obrażeń. Jedynymi świadkami wypadku były podobno kozy. 
– Dodam jeszcze to, co mi powiedziano w szpitalu w Kłodzku. Mianowicie, że turyści owi koniecznie chcieli wrócić jeszcze tego samego dnia do Kletna, jednak musieli zostać na kilkugodzinnej obserwacji. Położono wszystkich w wieloosobowej sali, choć koedukacja nie była w zwyczaju tego szpitala. Do nocy co chwilę wybuchały tam salwy śmiechu. 
Kurczę! Jedenasty maja – to całkiem niedawno. W głowie Agi rodziło się mnóstwo pomysłów i scenariuszy. To niewątpliwie była sprawa dla niej. Mariusz przyglądał się dziewczynie wyraźnie zadowolony. 
– W teczce masz dane uczestników, niewiele tego, ale coś już jest. Masz konto bankowe? 
– Tak. 
– Swoje dokumenty zostaw u Ani, to dziewczyna, która cię powitała na progu, z nią załatwisz wszystkie formalności. Dostaniesz budżet i dzisiaj gotówkę na pierwsze wydatki. Potem pójdą przelewy na twoje konto. Zaczynaj. I jeszcze jedno. Nasze działania są niejawne, obowiązuje cię tajemnica, oczywiście Ania da ci do podpisu stosowne oświadczenie. 
Po rozmowie Agnieszka wyszła z budynku wyraźnie podekscytowana. W kawiarni na Rynku zamówiła kawę i zaczęła przeglądać w smartfonie dane na temat Gór Stołowych, Szczelińca, Kletna i w ogóle tamtych rejonów. Wambierzyce, Kudowa Zdrój, Kaplica Czaszek, Polanica Zdrój, Błędne Skały, mnóstwo atrakcji w pobliżu. Blisko do Czech. Łoł. Czas wykonania zadania – półtora miesiąca. Budżet – cztery tysiące złotych plus kilometrówka. Wynagrodzenie wcale nie było śmieciowe, wystarczające na początek. Agnieszka była oszczędna. 
Otworzyła teczkę z notkami i dokumentami i zaczęła czytać. Dziwne towarzystwo, w różnym wieku, od dwudziestu paru lat do czterdziestu, dwoje z Poznania, dwoje z Warszawy, jedna dziewczyna z Londynu, ale z urodzenia (jak wynikało z notatek) wrocławianka. Aga poukładała na kolanach fiszki z wiadomościami o uczestnikach. Starała się zapamiętać ich imiona, powtarzała sobie je na głos. To nawyk studencki. Potem posegregowała według miejsca zamieszkania. Ewa Wilczewska. Kolejny byłby Piotr Sobański. Oboje byli poznaniakami. Wiktor Radecki i Julia Grodzicz, warszawiacy. Na końcu Antonina Kulig, Londyn i Wrocław. Właściciel – Marcel, także z Wrocławia. 
Co to za ludzie? Czym się zajmowali zawodowo? Jaki był ich status, czy mieli rodziny? Dlaczego długi majowy weekend spędzali samotnie? A może to były pary? Ewa i Piotr. Julia i Wiktor. Nawet Antonina mogła być dziewczyną organizatora imprezy. Dlaczego znaleźli się w tamtych stronach, w końcu to nie był popularny kierunek wypoczynku dla warszawiaków? 
Na Facebooku Aga znalazła tylko Ewę Wilczewską. Przejrzała jej walla i przeczytała informacje, niewiele tego było: gdzie pracuje i czym się zajmuje. Ktoś z okazji Nowego Roku życzył jej i Miłoszowi dużo miłości. Więc doszedł Miłosz. Jeśli życzono im miłości, to pewnie nie był on mężem Ewy. Albo był?
Mnóstwo pytań! 




Liczba stron: 304

Tytuł dostępny:



Oddaję Państwu w dłonie teksty pisane uczciwie i solidnym atramentem własnych emocji i przeczuć. 

Nie kryję sympatii, nie ceregielę się z tymi, których nie poważam. 

Niewiele mogę zdziałać, ale jeśli Dziennik chuligana nie pozostawi Was letnimi, jeśli będzie potrafił zapalić i skłonić do działania, to przypnę sobie Państwa emocje do klapy jak najlepsze odznaczenie. 

A jeżeli wkurzycie się na mnie i obsobaczycie najgorszymi słowami, jeśli uznacie, żem waryjat i człek cholerny – to też podskoczę z ukontentowania. Chuligaństwo polega bowiem na płataniu i takich facecji. 

Kiedyś miałem dobre maniery i uważałem, że można nimi wiele zdziałać. Dziś już nie mam czasu na branie bułki przez bibułkę. Czasami więc zamiast misternej puenty i skrzącego się od wykwintności sylogizmu pojawia się „piącha” i przyłożenie z byczka. 

Uczciwego chuligana różni jednak od prostaka i chama wyczucie subtelnej nutki honoru. Chuligan zna swoje miejsce w szyku. 

Wiedział o tym Andrzej Bobkowski, staram się przestrzegać tej zasady i ja. 

Nie ma co dużo gadać. Przeczytajcie sami… 


Witold Gadowski o sobie: 

Jestem człowiekiem w nieustannym ruchu. Uważam się za dziennikarza, reportera opisującego rzeczywistość taką jaka ona jest. Bywam pisarzem, poetą, autorem piosenek, zajmuję się także filozofowaniem i publicystycznym opisem otaczającego mnie świata. Staram się być niezależny i prawdomówny.


FRAGMENT POWIEŚCI:

Zamiast wstępu 
Jak to wszystko potoczy się dalej? 
Czasem wydaje się, że łatwiej jest przejąć władzę w Polsce niż czegoś dla niej dokonać. Ci, którzy dotąd rządzili w Polsce, to cieniutka warstwa nawieziona nad Wisłę jeszcze przez Stalina. Długo trwało, zanim Polacy tupnęli na nich nogą. Stało się i oby zmiana zaszła już bezpowrotnie. 
Patrzę na portret Ziuka, który wisi na mojej ścianie i niezmiennie zadaje mi trudne pytania. Oj, gdybym znał na nie odpowiedzi… 
I tak od 1989 roku mówi dziad do obrazu. 
Zdarzają się jednak takie momenty, że obraz nabiera bardziej pąsowych barw i Ziuk przemawia do mnie swym obcesowym, barwnym stylem: 
– A wiesz ty… – ozwał się jednego razu. – Ty, ty! – Znacząco wskazał w moim kierunku. – Ani wojny na dwa fronty prowadzić nie możemy, ani też nie powinniśmy psuć sobie stosunków z sąsiadami – wycedził. – Ty nie siedź tu jak baran i nie temperuj tej swojej maszynki – z niechęcią spojrzał na klawiaturę mojego komputera. – Ty zgoń tu dobrych towarzyszy i konspirować zacznijcie jak Pan Bóg Polakom już dawno przykazał! – Mimo woli wyprężyłem się jak struna. – Ty gamoniu, tak jak moje leguny ino byś se podśpiewywał, że ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego. – Zgromił mnie błyskiem spod krzaczastej brwi. 
I tak sobie z Ziukiem od czasu do czasu gwarzę. 
Jak tylko do mnie przemówi, to ja łaps za komputer i smażę felieton. Nazbierało się tego sporo. 
Ostatnio zaczął mi na Chiny pokazywać. 
– Patrz na kitajską stronę. To dopiero cwane bestie. Cicho jadą, a jak już daleko zajechali. – Obudził mnie kiedyś, gdy drzemałem nad niedopitą filiżanką kawy. 
– Wszelki duch! – wrzasnąłem. 
– Ty nie zaczynaj tu egzorcyzmów, tylko skrobnij o Kitaju i jakie tam mogą być polskie interesa. Sowietom nie ufaj, ale z Ruskimi trza mieć jakąś sztamę, bo inaczej Szwaby nas wykończą. Ale pamiętaj: zawczasu określić możemy, czym będzie Rosja po usunięciu samowładnego rządu. Wyżej łba uszy nie rosną, jak mówi przysłowie rosyjskie, i stosownie do tego demokratyczność przyszłej konstytucji nie przerośnie samego społeczeństwa – dodał zamyślony. 
– No to jak w końcu, tak czy tak? – zapytałem skołowany. 
– I tak, i tak. Polityka to nie dojenie krowy, tu trza wiedzieć, jak stanąć i kiedy… 
Zaintrygowany pytałem, a on jak na złość zamilkł i milczał jak namalowany. 
Kiedyś jednak czytałem coś durnego (jak zwykle) w „Gazecie Wyborczej” i wtedy wprost nad uchem mi zabuczał: 
– Ja nikomu prawie nie wierzę, a cóż dopiero Niemcom. Muszę jednak grać, bo Zachód jest obecnie parszywieńki. Jeżeli niebawem nie przejrzy i nie stwardnieje, trzeba będzie przestawić się w pracach. To już w 1934 mówiłem, i co… – Głos zawiesił, a ja w nim wyczułem jakby skargę dziecięcą jakąś. 
Tego samego dnia, gdy się do snu już układałem, usłyszałem: 
– W polityce zagranicznej nasze pole działania jest na wschodzie. Tam możemy być silni. Bezsensownym jest wdawanie się Polski zbyt skwapliwie w stosunki zagraniczne zachodnie dlatego, ponieważ tam nic innego nie może nas czekać, jak tylko włażenie Zachodowi w dupę... i bycie w tej dupie obsrywanym. 
No i masz. Znów – prawie do piania kurów – ni na chwilkę oka nie zmrużyłem. 
Takie mam z tym moim Komendantem perypetie. 
Uprzedzam, nie wieszajcie sobie na ścianach jego portretów, bo będziecie potem ciężko tym doświadczeni. 
Sto cztery lata temu urodził się Andrzej Bobkowski, pisarz wyjątkowy, osobny i wolny. Nienawidził komunizmu, sobaczył na Europę, a szczególnie na Francję. 
Przewidział dzisiejszy stan Starego Kontynentu – jego kompletne sflaczenie i bezruch. Ten bezruch znamionuje przerażonego szczura, w którego wpatruje się mordercza kobra. 
Bobkowski swojego ulubionego kota nazwał „Chuligan”, a siebie samego określił mianem „Chuligana wolności”. 
Z Bobkowskim łączy mnie kilka lat, które spędził na krakowskich Dębnikach. Z tych Dębnik wyniósł smakowite powiedzonko, którym obdarzał kolaborujących z PRL-em pisarzy: „I jak Pan teraz wygląda. Jak ch…j wielbłąda” – napisał w jednej ze swoich polemik z reżimowcami. 
Ja zabrałem stamtąd jeszcze kilka powiedzonek, których nikt nie podrobi: „Pani to taki jest książe, co psy wiąże”, albo: „Niech Pani go nie słucha, on Panią wy…cha, on w ten sam sposób wy…chał już dziesięć osób”. 
Bobkowski i Czesława Miłosza uważał za solidnie zagazowanego komuną. Nie miał litości dla hipokrytów i słabeuszy. Sam przeżył wiele i w wieku trzydziestu trzech lat uciekł z Europy do… Gwatemali. 
Wolał być tam niż oglądać parszywienie kolebki wszystkiego, co było mu drogie i niezbędne. 
Tytuł tej książeczki powstał na skutek rozmów – poza światem realnym – z Józefem Piłsudskim (któremu zuchwale przypisałem kilka nowych cytatów, większość jednak pozostawiając kanonicznych i niezmienionych – dla Szanownego Czytelnika pewną zabawą może więc 
okazać się rozszyfrowywanie, co jest co) i Andrzejem Bobkowskim właśnie. 
Jego Szkice piórkiem do dziś są dla mnie wytchnieniem od tego ponowoczesnego bełkotu, który zewsząd mnie otacza. 
Oddaję Państwu w dłonie teksty pisane uczciwie i solidnym atramentem własnych emocji i przeczuć. 
Nie kryję sympatii, nie ceregielę się z tymi, których nie poważam. 
Niewiele mogę zrobić, ale jeśli Dziennik chuligana nie pozostawi Was letnimi, jeśli zdoła zapalić Was i skłonić do działania, to przypnę sobie Wasze emocje do klapy jak najlepsze odznaczenie. 
A jeżeli wkurzycie się na mnie i obsobaczycie najgorszymi słowami, jeśli uznacie, żem waryjat i człek cholerny – to też podskoczę z ukontentowania. Chuligaństwo polega bowiem na płataniu i takich facecji. 
Lubię swoich Czytelników, więc nie cisnę Wam przed oczy chłamu, mizdrzenia się i antyszambrowania za posadkami. 
Nie mam jednak zamiaru się Wam podlizywać, bo chociaż jesteście moimi pracodawcami i jako tako żyję z pieniędzy, które płacicie za moje książki, to jednak musicie przyjąć Gadowskiego takiego, jakim jest. 
Kiedyś miałem dobre maniery i uważałem, że można nimi wiele zdziałać. Dziś już nie mam czasu na branie bułki przez bibułkę. Czasami więc zamiast misternej puenty i skrzącego się od wykwintności sylogizmu pojawia się „piącha” i przyłożenie z byczka. 
Uczciwego chuligana różni jednak od prostaka i chama wyczucie subtelnej nutki honoru. Chuligan zna swoje miejsce w szyku. 
Wiedział o tym Andrzej Bobkowski, staram się przestrzegać tej zasady i ja. 
Nie ma co dużo gadać. Przeczytajcie sami…

wtorek, 16 maja 2017

[Recenzja premierowa. Patronat medialny] „Śniadanie na skale” Iwona Walczak. Nie warto się ani oglądać za siebie, ani żałować tego, co się zrobiło...



… bo czasu się nie cofnie, podobnie, jak z wypowiedzianymi w złości słowami. Nic nie jest jednoznaczne w życiu, przewidywalne i do końca określone. To są właśnie jego uroki, które dostarczają nam wielu emocji, wzruszeń, głębszych refleksji, a nawet inspiracji. Znając pióro Iwony Walczak, wiedziałam, że Jej nowa powieść przyniesie czytelnikom sporą dawkę emocjonalnej sinusoidy, poprawność językową, przepiękną polszczyznę, nowy powiew spojrzenia na pewne relacje w życiu człowieka. Autorka dostarczyła mi wspaniałej prozy, zmusiła do analizy emocjonalnej. Co najbardziej zasługuje na uwagę, to autentyczność problemów bohaterów ukazanych przez nią w sposób nie moralizatorski, a ekwilibrystyczny. 



Wydawnictwo Replika

Ilość stron: 367

Książkę znajdziecie:



Wieloosobowa narracja pozwala spojrzeć nam na kilka problemów w życiu bohaterów z wielu stron, poznając ich świat, otoczenie, rzeczywistość wokół nich. A tych jest siedmiu. To bohaterowie bardzo różni charakterem, odmienni światopoglądami. Nie brak w ich życiu emocji zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, wiele w nich samych zagubienia, samotności. To bohaterowie, nie wszyscy oczywiście, w związkach, a oszukiwani i wykorzystywani przez swoją naiwność i płonne wyobrażenia, że jeszcze w ich życiu coś się samo naprawi. Los sprowadza ich w jedno miejsce – do pensjonatu „Raj” u stóp Śnieżnika w krajobrazowo piękne okolice Lądka Zdrój. Pokładają w tym pobycie nadzieje na nabranie dystansu do pewnych spraw, na odzyskanie spokoju wewnętrznego. 



W życie bohaterów Iwony Walczak wkradła się rutyna, powtarzane codzienne schematy. Czas spędzony z dala od problemów i trosk ma przypomnieć im smak wolności, radości, szczęścia. Co dziwne, dla większości z nich to miejsce będzie okazją nie tylko do zawarcia nowych znajomości, ale przede wszystkim do otwarcia się przed drugim człowiekiem. Zadziwiające, że nie potrafimy rozmawiać z bliskimi o tym, co nas trapi, czy dolega, a nawiązać relacje z obcymi umiemy lekko, a nawet z chęcią. Tam wyjdą na jaw skrywane przez lata tajemnice, zadry w sercu. Tam dojdzie do zwierzeń, do zawiązania uczuciowych przyjaźni.

Nie ulega wątpliwości, że autorka swoim bohaterom postawiła wysoką poprzeczkę, wystawiając na ogromną próbę. Wypadek, jaki się tam wydarzy coś zmieni w życiu każdego z nich. Pozwoli dostrzec przede wszystkim wartości, o jakich być może już jakiś czas temu zapomnieli. Ciekawa rola Agnieszki, młodej dziewczyny, która ma zbadać okoliczności całego wypadku znacząco wpłynie też i na jej życie, jak się okaże w trakcie lektury - nie oszczędzało jej w ogóle. 




Historie poszczególnych bohaterów tak bardzo przypominają elementy pewnych podróży w nasze życie. Plastyczne opisy miejsc pozwalają nam wręcz namacalnie przenieść się do ich często chaotycznego świata, kręcącego się wokół pieniędzy, kariery, maniakalnej dbałości o wygląd, figurę, gdzie brak w nich czułości, dotyku, zrozumienia i zwykłej, ludzkiej rozmowy. Niby takie proste a trudne, tak oczywiste a jednak nie do końca.

Powieść Iwony Walczak „Śniadanie na skale” dostarczy czytelnikom wielu emocji, zatapiając się w ciekawie uplecioną fabułę już od pierwszych wersów. Autorka bowiem zręcznie lawiruje między bohaterami, starając się dyskretnie, z dbałością o szczegóły ukazać ich światy, nie dokonując przy tym rozrachunków i moralizatorstwa lecz ambiwalentnie odsłaniając ich wewnętrzne pragnienia i marzenia. 

Moja polecajka serii książek Iwony Walczak
na skrzydełku "Śniadania na skale" :)


To powieść, która porywa pięknym językiem, mądrymi opowieściami, przybliżającymi i uwrażliwiającymi czytelników na to, co w życiu ważne i najważniejsze. To powieść, która odkrywa wiele wątków, tajemnic, nasuwa pewne tropy. Plastyczny język, ciekawe dialogi, intrygująca fabuła osadzona w rodzimych miejscach, to elementy, które sprawią, że codzienność każdego z Was nabierze zupełnie innych barw. Może wystarczy czasem otworzyć się na to, co podaje nam los, ale podejść do niego z dystansem i pewną dozą animuszu.

„Śniadanie na skale” Iwony Walczak to powieść o sile przyjaźni, skrywanych tajemnicach, odnajdywaniu swojego „ja” maleńkimi kroczkami. To powieść z wyrazistymi bohaterami, którzy zaprosili nas do swojego życia, ale czy są z niego dumni? Powieść zadająca wiele pytań i wątpliwości, budząca pewne domysły, przeplatane niedomówieniami. I wreszcie powieść udowadniająca, że wszystko jest możliwe, a historie każdego człowieka są podobne. Powieść, która mówi o relacjach międzyludzkich, budowaniu zaufania, szczęścia i poczucia bezpieczeństwa, o samotności w związku, o pragnieniu bycia kochanym. Zakończenie zaś dostarczy mnóstwo wzruszeń, da nadzieję. Na co? Tego musicie dowiedzieć się z książki.

Polecam!

Miło widzieć się wśród Patronów medialnych :)


Za możliwość patronatu oraz z przedpremierowym zapoznaniem się z treścią książki, dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu:










poniedziałek, 15 maja 2017

[Recenzja patronacka] „Czesław Miłosz. Inspirujące pragnienie Boga” Krystyna Hoła






„Ty, Boże, miłościw mnie bądź,
od ust ziemi chciwych odłącz mnie,
od pieśni jej nieprawdziwych wybaw mnie.”
Czesław Miłosz (Drugi tom wierszy „Trzy zimy” z roku 1936)

O wyjątkowości poezji i twórczości jednego z największych i najbardziej rozpoznawalnych poetów minionego wieku, nikogo nie trzeba jakoś specjalnie przekonywać. O tym wie niemal każdy, kto kocha poezję i jej ponadczasowość. Miłosz tworzył dzieła wyjątkowe, często splatające się, wynikające z życiowych doświadczeń, będące odwzorowaniem czasów i lat, które przynosiły wiele zmian na świecie i w bycie przeciętnego człowieka. Poeta stworzył poezję uniwersalną, po którą sięga się w dowolnej chwili, poezję przejmującą i ujmującą, tak wyjątkową co zadającą liczne pytania, często pozostawione bez odpowiedzi. 

Miłosz przyglądał się swojemu życiu, otoczeniu i rzeczywistości, w jakiej przyszło mu żyć i zmagać się ze swoim niezrozumieniem, wychwytywał chwile tak ulotne, tudzież ściśle powiązane z filozofią sensu życia i człowieczeństwa. Tworzył wiersze różne, melancholijne, radosne, wiersze tworzone z inspiracji chwilą oraz poświęcone nieustannym poszukiwaniom Boga, któremu w swojej literaturze poświęcił, jak się okazuje wiele miejsca.




Miłosz zmagał się wielokrotnie z tematem wiary, religii, próbując tym samym określić swój indywidualny, osobisty do nich stosunek oraz stworzyć swoją definicję credo, które na każdym etapie życia było inne, zależne od tego, co spotykał na swojej drodze, ale kierował się tylko tym, co uważał za zgodne z Jego przekonaniami, nie wzorował się żadnymi trendami.

Krystyna Hoła w swojej dosyć niecodziennej, ale bardzo ciekawej publikacji, traktuje twórczość wielkiego poety bardzo osobliwie, bo skupiając się tylko na wybranym kierunku – wiary i religii, podaje czytelnikowi gotową rozprawę, podpartą wybranymi przez siebie dziełami. A przygląda się tej stronie twórczości poety, która dotyka Jego sfery duchowej, szukaniu życiowego spokoju, ostoi i pragnienia zbratania się ze Stwórcą, nieustannie budzącego w Nim natchnienie. 

Autorka książki pokazuje czytelnikowi różne drogi, jakie poeta pokonywał w swoim życiu, jakie toczył wewnętrzne walki duchowe, które często prowadziły Go do wątpliwości, czy wahań światopoglądowych, by wreszcie pojąć sens i dokonać podziału świata na dobry i zły, ciemny i jasny. 

„Celem tej książki jest interpretacja w ujęciu biograficznym tych treści twórczości Miłosza, które w bezpośredni lub pośredni sposób odnoszą się do wiary chrześcijańskiej.”

Krystyna Hoła skrupulatnie i rzeczowo podeszła do omawianego przez siebie tematu, dbając o każdy szczegół, by nic co ważne nie umknęło uwadze czytelnika. A swoją wędrówkę rozpoczęła od początków życia, podkreślając ważną rolę w religijnym, duchowym życiu młodego Miłosza, Jego matki Weroniki, dbającej i poświęcającej się rodzinie. Jak ważne były dla Niego te bliskie relacje z matką. W młodości kilkakrotnie na drodze przyszłego poety stanęło wielu interesujących ludzi, jak chociażby Ksiądz Chomski podejmujący pierwsze próby ukształtowania zbuntowanego nastolatka światopoglądowo. Zetknięcie poety z nocą mistyczną, co jest początkiem drogi duchowej do Boga. To dosyć ciekawa próba, ale będąca preludium do tego, by w późniejszych okresach życiowych poety odnaleźć jej elementy i dalsze zmagania z samym sobą. Ważne dla Miłosza było odkrywanie części zespalających człowieka z naturą, której od początków istnienia jesteśmy nierozerwalną częścią. Ważne też było dla Niego uświadomienie sobie kruchości ludzkiego życia i roli w nim śmierci. Dotyczy to szczególnie okresu wojennego. Miłosz wiele przeszedł, wiele widział, a jeszcze więcej zapisał w swojej świadomości obrazów, którymi dzielił się ze swoimi czytelnikami. Co zaś tyczy się poznawania i zgłębiania religijnych poszukiwań:

„Poeta doskonale rozumiał, że prawdy nie można poznać raz i całkowicie. Takie poznanie przewyższa możliwości człowieka. Do prawdy chrześcijańskiej dochodzi się stopniowo poprzez poznawanie jej elementów – aż do całości, jaką jest Chrystus. Aby cokolwiek zrozumieć, trzeba najpierw zaznać tego we własnym życiu. Nie odrzucać i nie upierać się przy własnym zrozumieniu, ale otworzyć się na inną możliwość.”



Czy jest to publikacja ważna? Jak najbardziej. Myślę nawet, że ci, którzy lubią zgłębiać tajemnice poezji powinni się z nią zapoznać obowiązkowo. Wnosi wiele punktów spojrzeń do literackich poszukiwań, czy odkryć. Przybliża nam sylwetkę poety od strony intymnej, indywidualnej, trochę ukrywanej, buntującej się, sylwetkę zwykłego człowieka, poszukującego prawdy, czy możliwości dojścia do znaczenia i roli religii, czy przeżyć wewnętrznych.

„Czesław Miłosz. Inspirujące pragnienie Boga” Krystyny Hoły podejmuje ważny temat, ukazuje wiele ścieżek, życiowych zakrętów czy chwil załamania. Książka traktuje poezję Czesława Miłosza od strony duchowych lawirowań poety, a porządku związanego z sacrum. To spojrzenie na wiele elementów życia człowieka i jego nierozerwalnych więzi z tym, co buduje nasz wewnętrzny i świadomy światopogląd.


Polecam!


Pozycji z wielką przyjemnością patronuję medialnie :)



Za możliwość zapoznania się z treścią książki, dziękuję Wydawnictwu:






Książkowe nowości Wydawnictwa Edipresse Książki :)






"Blondynka w Urugwaju" Beata Pawlikowska 





Beata Pawlikowska była we wszystkich krajach Ameryki Południowej, oprócz jednego – Urugwaju. W końcu postanowiła to zmienić! Na pełną przygód wyprawę wyruszyła samotnie, a teraz dzięki książce „Blondynka w Urugwaju” (Edipresse Książki, premiera 10 maja) zabiera tam czytelników. 

Znana i lubiana dziennikarka, pisarka oraz podróżniczka Beata Pawlikowska w szczególności uwielbia Amerykę Południową. Była tam we wszystkich krajach (nawet tych, do których mało kto dociera, takich jak Gujana Brytyjska czy Surinam) oprócz jednego – Urugwaju. Przyznaje, że nigdy jej tam nie ciągnęło, ponieważ to zamożny, dobrze rozwinięty, zorganizowany i spokojny kraj, a ona woli bardziej dzikie, nieuczesane, nieogarnięte miejsca. Takie jak Paragwaj, który Pawlikowska wybrała jako cel swojej kolejnej podróży. A że wyznaczona trasa przebiegała przez Urugwaj, po raz pierwszy miała okazję przekonać się, jak wiele przygód czeka w tym pozornie przewidywalnym kraju. 

Beata Pawlikowska w książce „Blondynka w Urugwaju” opowiada, jak przepłynęła z Buenos Aires do Urugwaju statkiem, który swoim futuryzmem przywodził na myśl statek kosmiczny, a potem w wyniku pomyłki sądziła, że właśnie trafiła do najdroższej restauracji na świecie. Wspomina spacery po wyludnionych ulicach Montevideo – jednej z najdziwniejszych stolic na świecie. Opowiada czytelnikom, że Urugwaj jest pierwszym krajem, gdzie posiadanie, sprzedawanie i palenie marihuany jest legalne, a obywatele są zachęcani do tego, by uprawiać ją w swoim domu. Jednak tego nie robią, ponieważ nie potrzebują jej, żeby mieć dobry nastrój. Dowiedziała się, że narodowym daniem jest miejscowa odmiana hamburgera, jednak nie zdecydowała się spróbować. Dotarła także do osiedla, gdzie każdy dom ma swoje imię, a potem do Cabo Polonio – szalonej osady na końcu świata, zbudowanej na pustyni nad brzegiem oceanu. Przede wszystkim spotkała jednak na swojej drodze ludzi tak delikatnych, uprzejmych i pozytywnie nastawionych, jak nigdzie indziej na świecie. 

Podróż po Urugwaju była dla Beaty Pawlikowskiej także okazją do wielu refleksji i przemyśleń. Czego potrzebujemy do prawdziwego szczęścia? W jaki sposób możemy zobaczyć, co naprawdę jest zapisane w naszej podświadomości? Jak odnaleźć harmonię i poczucie bezpieczeństwa? Co jest w życiu najważniejsze? Co daje nam podróżowanie? Czytelnicy będą mieli poszukać odpowiedzi na te i inne pytania razem z podróżniczką.




"Zdrowe koktajle" Ewa Chodakowska, Lefteris Kavoukis i Marta Kielak 




Warzywa i owoce to podstawa zdrowego żywienia. Ale jak wprowadzić te cenne składniki diety do naszego codziennego jadłospisu i jednocześnie zachęcić do ich regularnego spożywania wszystkich członków rodziny? Ewa Chodakowska, Lefteris Kavoukis i Marta Kielak mają na to prosty sposób – to zdrowe i pyszne koktajle! Książka „Zdrowe koktajle” (Edipresse Książki, premiera 10 maja) to dawka energetycznej mocy od trojga ekspertów. 


Tradycyjne i znane w polskich kuchniach przepisy na koktajle to zwykle mieszanka owoców oraz kefirów lub jogurtów. Ich walory są doskonale znane, jednak jak nadać im nowy, oryginalny smak, a przy tym sprawić by były wartościowymi posiłkami, a nie tylko przekąskami? Ewa Chodakowska oraz Lefteris Kavoukis i Marta Kielak w książce „Zdrowe koktajle” udowadniają, że wystarczy dodać do przepisów nowe, nietuzinkowe składniki, by koktajle stały się wspaniałym źródłem warzyw i pełnowartościowym posiłkiem, pełnym witamin, błonnika i drogocennych antyoksydantów, których potrzebujemy w naszej codziennej diecie.


Autorzy przygotowali koktajle dla osób zabieganych i zapracowanych, dla których czas odgrywa dużą rolę. Koktajle mogą być idealnym rozwiązaniem gdy szybkość przygotowania posiłków jest najważniejszym warunkiem, by mogły one znaleźć się w codziennym menu. Wystarczy mieć pod ręką mikser, np. w domu lub w pracy, a składniki można kupić w każdym warzywniaku lub sklepie. Większym jednak wyzwaniem jest nakłonienie do jedzenia warzyw najmłodszych domowników. Dzieci z reguły unikają warzyw. Nawet te, które nie stronią od ich spożywania, trudno jest namówić do jedzenia ich przy każdym posiłku. Rozwiązanie mogą stanowić słodkie i kolorowe koktajle, tym bardziej jeśli są podane w pomysłowych naczyniach. Koktajle to również idealne rozwiązanie dla kobiet w ciąży, które muszą dostarczać swoim organizmom ekstra dawki witamin, a nie zawsze wszystkie smaki i zapachy im odpowiadają. Różnorodność składników w przypadku koktajli zaspokoi każde kubki smakowe. 

Książka ma prostą i przystępną konstrukcję. Przepisy na owocowe i warzywne napoje zostały podzielone na cztery rozdziały: śniadania, przekąski, health&beauty i dla panów. 

W pierwszym rozdziale śniadania zaskakują komponenty. Poza standardowymi owocami, czytelnik otrzymuje całą gamę innych składników, które są nie tylko łatwo dostępne, ale też z pewnością wzbogacą smak koktajlu – są to np. migdały, mleko kokosowe, wiórki kokosowe, orzechy czy miód. Do porannych koktajli Chodakowska, Kavoukis i Kielak radzą dorzucić nasiona chia, awokado, płatki owsiane, plaster twarogu lub kaszę jaglaną. Dzięki takim koktajlom można z powodzeniem wprowadzić do diety śniadanie, najważniejszy posiłek zaspokajający nawet do 35% dziennej porcji energii. 

W części przekąski znajdują się propozycje na drugie śniadanie lub podwieczorek. Te dwa posiłki są na ogół drobne, spożywane w przelocie. Mają nam dostarczyć porcję energii między większymi posiłkami. Szklanka pożywnego koktajlu, przygotowanego rano i wypitego o odpowiedniej porze to rozwiązanie w sam raz. „Prawidłowe żywienie od razu staje się łatwiejsze!” – przekonują autorzy. W przepisach można znaleźć zdecydowaną większość owoców dostępnych w sklepach, są ananasy, maliny, melon, gruszka, banany, jabłka, pomarańcze, mango i wiele innych. Zaś wśród warzyw są to: jarmuż, natka pietruszki, rzodkiewki, buraczki, seler naciowy, szpinak, marchew, ogórek czy rukola. 

Sekcja health & beauty zawiera przepisy na koktajle, których główną funkcją jest wspieranie zdrowia i odporności. Dzięki wykorzystaniu mocy antyoksydantów niwelują zły wpływ wolnych rodników na organizm, a dzięki dużej zawartości błonnika znika ochota na podjadanie słodyczy co ma wspaniały wpływ na urodę i zgrabną sylwetkę. Tu również znajdą się interesujące składniki, wzbogacające smak koktajli, takie jak: migdały, mak niebieski, kurkuma, oliwa z oliwek, cynamon, nasiona sezamu, ostropest, imbir, goździki, koper czy papryczki chili. 

W rozdziale dla panów autorzy przygotowali całą gamę przepisów dla mężczyzn, dla których prostota przygotowania posiłku stanowi ważny atut. Koktajle mogą być nie tylko źródłem magnezu, selenu, cynku i potasu oraz witamin z grupy b, ale także wsparciem po wyczerpującym treningu. Panowie znajdą tu dobre i sprawdzone smaki truskawek, jabłek i wiśni w oryginalnych i wartościowych połączeniach z płatkami żytnimi, owsianymi, olejem kokosowym, jogurtem czy awokado.




"Filozofia smaku" Teo Vafidis 





Grecy słyną ze swojego sposobu bycia, temperamentu, antycznej kultury, tradycji, ale przede wszystkim – kuchni. Delikatne mięsa, wyborne sery, świeże owoce morza, wytrawne wina… Teo Vafidis w książce „Filozofia smaku” zabiera czytelników w kulinarną wyprawę po najwspanialszych zakątkach Grecji (Edipresse Książki, premiera 10 maja). 

Teo Vafidis z pochodzenia jest Grekiem, ale z wyboru Polakiem. Od wielu lat ambasador greckiej kultury i kuchni, którą przybliża w wielu programach telewizyjnych. Teraz w książce „Filozofia smaku” wspomina, że zamiłowanie do gotowania zaszczepiła w nim babcia jeszcze w dzieciństwie. Opowiada także o swoich początkach w zawodzie oraz miłości do Małgorzaty, dla której przeprowadził się do Polski. Teo Vafidis prowadzi czytelników także przez najważniejsze miejsca w Grecji, śladami kultury, tradycji i smaków, prezentując ulubione przepisy kuchni greckiej, które każdy może przygotować w swoim domu.

Autor wyjaśnia, że dla Greków jedzenie nie służy wyłącznie zaspokojeniu głodu, ale jest sposobem na długie i zdrowe życie, źródłem rozrywki i przyjemności, okazją do nawiązywania i podtrzymywania dobrych relacji prywatnych i zawodowych. W Grecji kładzie się nacisk na jakość, a nie ilość jedzenia, na właściwe przygotowanie i zdrowe łączenie produktów, dużą wartość odżywczą, prostotę i czystość smaku. Wśród produktów, bez których grecka kuchnia nie mogłaby istnieć, wymienia m.in.: mastyks, oliwę z oliwek, owoce, ouzo, miód, owoce morza, zioła oraz sery i wino. Teo Vafidis nie tylko zdradza czytelnikom sekrety kuchni starożytnych Greków, ale prezentuje swoje ulubione regiony wraz z ich tradycjami, smakami i zapachami. Opowiada, że mieszkańcy Krety na każdym kroku zaznaczają swoją odrębność, Milos to wyspa wielobarwna, niezbadana i intrygująca, Mykonos przyciąga bogactwem jodu, odżywczymi algami, gościnnością i zabawą, a Naksos daje kontakt z naturą i historią. Dzieli się także cennymi wskazówkami, które pomogą uniknąć faux pas podczas podróży do Grecji – nie należy tam m.in. pokazywać pięciu palców, ponieważ jest to uznawane za obraźliwy gest, zamawiać ryby po grecku czy kawy po turecku. Wszystko zilustrowane jest barwnymi zdjęciami błękitnego morza, pięknych plaż, klimatycznych uliczek i starożytnej architektury, a także dotąd niepublikowanymi fotografiami z prywatnego archiwum Teo Vafidisa. 

Najważniejszą częścią książki stanowi oczywiście 70 autorskich przepisów Teo Vafidisa. Na przystawkę szef kuchni proponuje bakłażany nadziewane, karczochy z zielonym groszkiem z wyspy Tinos czy starożytną sałatkę z pęczakiem i dressingiem z granatu. Warto spróbować także pirackiej zupy dyniowej czy kremu z cukinii z serem halloumi. Wśród dań mięsnych znalazły się: jagnięcina duszona, gołąbki w liściach winogron z sosem cytrynowym czy królik z wyspy Milos. Nie mogło zabraknąć propozycji z rybami i owocami morza w roli głównej, w tym m.in. makaronu orzo z grillowanymi krewetkami czy ośmiornicy z fenkułem i zielonymi oliwkami z miasta Retimno. Autor prezentuje także dania warzywne, takie jak cukiniowe pulpeciki z wyspy Paros czy suflet na zimno z sera feta z ouzo i pistacjami. Natomiast jako deser doskonale sprawdzą się bougatsa z miasta Seres czy tort z kremem kasztanowym. Dzięki listom niezbędnych składników, opisom przygotowania krok po kroku oraz zdjęciami ilustrującymi efekt końcowy, z przepisami poradzą sobie zarówno początkujący adepci sztuki kulinarnej, jak i zaawansowani miłośnicy kuchni greckiej.




"Saga rodu Cantendorfów. Cena szczęścia" Krystyna Mirek 





„Bestsellerowa pisarka Krystyna Mirek ponownie zabiera czytelników do Anglii XIX wieku. Znana im z pierwszej części „Sagi rodu Cantendorfów” Kate właśnie zaręczyła się z Aleksandrem. Całe miasteczko huczy od plotek – jak zwykłej dziewczynie bez tytułów i posagu udało się usidlić bogatego hrabiego? Czy uda jej się zmierzyć z mrocznymi tajemnicami i duchami przeszłości oraz zbudować szczęśliwy związek? To wszystko czeka w drugim tomie trylogii pod tytułem „Cena szczęścia” (Edipresse Książki, premiera 10 maja).

Kate Milton dała się poznać czytelnikom „Tajemnicy zamku”, czyli pierwszej części „Sagi rodu Cantendorfów”, jako niepokorna buntowniczka o charakterze równie ognistym, co kolor włosów. Kiedy zgodziła się pomóc ojcu w ryzykownym planie, mającym uratować rodzinę przed bankructwem, nie spodziewała się, że odnajdzie prawdziwe uczucie. Poznaje hrabiego Aleksandra, w którym natychmiast się w zakochuje – z wzajemnością. Na palcu Kate pojawia się pierścionek zaręczynowy, a nad małym miasteczkiem położonym u stóp zamku Cantendorf rozpętuje się prawdziwa burza. Kate zdaje się być najgorszą kandydatką na hrabinę. Nie ma liczącego się nazwiska, posagu, tytułu, koneksji, manier… Natomiast niezwykle bogaty i przystojny hrabia Aleksander to najlepsza partia w okolicy. Kolejka kandydatek do tytułu pani zamku i serca hrabiego nigdy się nie kończyła – mimo, że wszystkie cztery żony Aleksandra zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach…

Kiedy Kate zaręcza się z Aleksandrem, musi zmierzyć się z tym co kryje zamek Cantendorfów, w tym z byłą kochanką męża oraz pełną temperamentu gospodynią, która pilnie strzeże rodowych sekretów. Na jaw zaczynają wychodzić kryjące się za murami zamku mroczne tajemnice. Okazuje się, że ukryte tam zło nie śpi, duchy przeszłości nie pozwalają budować szczęścia, a za każdą błędną decyzję trzeba zapłacić wysoką cenę. 

Czy wyjaśni się tajemnica śmierci poprzednich żon hrabiego? Kto jest sprawcą, a kto ofiarą? Kto przyjacielem, a kto wrogiem? Czy Kate i Aleksandrowi uda się zbudować szczęśliwe małżeństwo? Czy prawdziwa miłość ma szansę przetrwać wszystkie burze? Tego wszystkiego czytelnicy dowiedzą się z drugiej części trylogii Krystyny Mirek. Choć akcja „Ceny szczęścia” oraz całej „Sagi rodu Cantendorfów” osadzona jest w XIX-wiecznym świecie koronek, balów i zamków, to opisywane konflikty, mezalianse, dramaty i uczucia pozostają uniwersalne. Autorka udowadnia, że kobiety wszystkich epok mają podobne problemy i podobne sposoby ich rozwiązywania. Jednak zarówno w czasach wiktoriańskiej Anglii, jak i dziś, najważniejsza jest siła kobiecych więzi, która pomoże przetrwać wszelkie burze.



"Kurs pozytywnego myślenia. Moje wentęrzne ja" Beata Pawlikowska





Miłośnicy twórczości Beaty Pawlikowskiej i jej „Kursu pozytywnego myślenia” mogą już ćwiczyć z czwartą, najnowszą częścią serii. „Kurs pozytywnego myślenia. Moje wewnętrzne Ja” to kolejny zestaw autorskich wskazówek i ćwiczeń znanej podróżniczki dla wszystkich osób czerpiących inspirację do pozytywnej zmiany w swoim życiu. (Edipresse Książki, premiera 10 maja). 

W autorskim kursie Beata Pawlikowska zachęca wszystkich czytelników do wprowadzenia kilku zmian w swoim życiu, dzięki czemu stanie się ono lepsze, a przede wszystkim bardziej pozytywne. Autorka co miesiąc prezentuje kolejną część, poświęconą innemu zagadnieniu. W ten sposób czytelnik otrzyma dwanaście książek – po jednej na każdy miesiąc w roku. Kursanci mogą zacząć́ szkolenie w każdym momencie, od dowolnej części. To co pozostaje niezmienne to sposób ćwiczeń. Na kursie Beaty obowiązują trzy proste zasady, które autorka przypomina na początku każdego tomu.

Pamiętaj:
1. Czytaj jeden tekst dziennie i zapisz swoje wnioski.
2. Rób to codziennie bez wyjątku, niezależnie od tego co podpowiada twoja chęć lub niechęć.
3. Podejmij zobowiązanie, że robisz to przez miesiąc codziennie rano, a dopiero po miesiącu zastanów się czy chcesz kontynuować, czy przerywasz.


W czwartej części kursu zatytułowanej „Moje wewnętrzne Ja” autorka przekonuje, że w każdej pracy nad sobą najistotniejsze są dwa czynniki – to jest wytrwałość i systematyczność powtarzania ćwiczeń. Podobnie jak przy wprowadzaniu do swojego życia aktywności fizycznej lub zdrowego odżywiania, stare nawyki mogą pojawić się już po kilku dniach od rozpoczęciu procesu. Odzywają się bardzo szybko i nas atakują – przekonuje Pawlikowska – do tego mają sprzymierzeńca w postaci ochoty. Każdy kto choć raz w życiu próbował np. zrzucić kilka zbędnych kilogramów wie co oznacza ochota na coś słodkiego. Ochota jest ulotna i wyjątkowo silna, potrzeba dużo woli i samozaparcia, by wytrwać przy swoim postanowieniu. 

Podobnie jest w pracy nad zmianą sposobu myślenia i podejścia do życia. Chwile zwątpienia, to według autorki „Kursu pozytywnego myślenia” reakcja naszej podświadomości, która nie zgadza się na nowe zasady. Jak nie przerwać pozytywnej zmiany? Pawlikowska przekonuje, że tylko kontrola nad własnymi myślami, pracowanie nad podświadomością oraz eliminowanie złych nawyków może nas uszczęśliwić.



Wszystkie tytuły dostępne na: