sobota, 1 kwietnia 2017

WYNIKI KONKURSU z książeczką Bożeny Czarnoty "O pchłach, które miód ukradły" :)









Kochani!

Przedwczoraj zakończył się wiosenny konkurs z książeczką "O pchłach, które miód ukradły" Bożeny Czarnoty. Odpowiedzi niewiele, ale takie, że trudno było się zdecydować na tę jedną jedyną :)

Dziękujemy wszystkim za udział!



Po dłuższym namyśle, wespół z autorką wybrałyśmy odpowiedź:

Joanny Jakubowskiej




Proszę o kontakt na: stokrotka954@wp.pl. Nagrodą w konkursie był jeden egzemplarz bajeczki autorki :)





A, gdyby ktoś chciał się wybrać na spotkanie autorskie z Panią Bożeną, ma okazję w najbliższy wtorek :)






Serdecznie gratuluję! 


Pozdrawiam,


Aga

WYNIKI DYSKUSJI - KONKURSU "Książka czy e-book" :)









Kochani!

Wczoraj zakończyła się dyskusja „Książka czy e-book”. Przyszła pora na opublikowanie wyników.

Na początku dziękujemy wszystkim za chęć udziału. Nie wszystkim się chce komentować, a ja zawsze powtarzam, że trzeba próbować. Dziękujemy za Wasze opinie i zdania, z których jasno wynika, że większość jest jednak za książką papierową. 


Zdanie z autorką mamy podobne do osoby, która zwyciężyła w naszej dyskusji. E-booki mają wiele zalet. Przede wszystkim są wygodne w obyciu ;) Można w jednym małym czytniku, schowanym w torebce dysponować kilkudziesięcioma tytułami, by w dowolnej dla nas chwili, podróży wyjąć i czytać. 



Bezdyskusyjnie wygrywa:

Czytelnicze recenzje :)




Proszę o kontakt na: stokrotka954@wp.pl. Nagrodą w konkursie był wybór jednego e-booka z kolekcji: 






Serdecznie gratuluję! 


Pozdrawiam,


Aga

czwartek, 30 marca 2017

"Marlene" Hanni Münzer. Wojna zła, nieobliczalna, wyzuta z człowieczeństwa...






Wydawnictwo Insignis

Ilość stron: 552

Nowość wydawnicza, premiera 29 marca 2017r.

Książkę znajdziecie:



Druga wojna światowa jest tematem często podejmowanym w literaturze i sztuce. Potrzeba wyczucia, wrażliwości w tworzeniu fabuły, autentycznych, wzbudzających nasze zaufanie bohaterów, by powieść nie przybrała formy absurdu, czy pompatyczności. Hanni Münzer stworzyła przepiękną literacko opowieść, która zawiera całą gamę emocji, nader sugestywną, a jednocześnie chwytającą za serce, tragiczną w swej wymowie. To powieść, która zachwyci niejednego konesera dobrych gatunkowo pozycji, czytelnika, który jest wymagający wobec wszelkich jej niuansów. Piękna, a zarazem refleksyjna.

Autorka w swojej powieści nie szczędzi opisów, dba o każdy szczegół i detal. Skonstruowała bardzo autentycznych bohaterów, którzy od pierwszych wersów wzbudzają nasze zaufanie i sprawiają, że pochłania się ją z wielką ciekawością. Liryczny ton, jaki autorka nadała swojej opowieści, uruchamiają naszą wrażliwość, a ta miejscami szokuje, wprawia w stupor, stawia znaki zapytań o sensowność wojny, śmierć milionów niewinnych ludzi, bo w wojnie zawsze giną niczemu winni ludzie, świadkowie dramatów, ludzkich tragedii.




Marlene trafia do obozu Auschwitz-Birkenau. Jednego z największych nazistowskich obozów, gdzie życie każdego niemal dnia to niewiadomy byt, strach, głód, dramaty. Mimo uwłaczających ludziom warunków, więźniowie starają się stworzyć w nim chociażby namiastkę normalności. Marlene i dwudziestka innych więźniarek trafia do bloku Madame Butterfly, w którym ich kobiecość zostaje zdeptana niemal z ziemią. Marlene poznaje tajemniczą i hardą madame Jolantę. Madame staje się dla Marlene wzorem siły i zawziętości. Mimo warunków oraz codzienności przepełnionej gorzkimi łzami, bólem i niezrozumieniem, dopada ją coś, o czym nigdy nie pomyślałaby w kategoriach pozytywnych, miłość. 

Z perspektywy czasu, w jakim poznajemy główną bohaterkę, dostrzega ona w swej obozowej miłości coś intymnego, pozbawionego złudzeń, że kiedykolwiek w owym czasie miało to uczucie szansę na przetrwanie. A poznajemy ją, kiedy jest starszą panią, która mieszka w Polsce i kierowana impulsem, śmiercią swojej przyjaciółki, postanawia spisać swoje wojenne losy, których życie nie szczędziło, ani nie rozpieszczało.

„Niebieski motyl zamarł na ziemi ze złożonymi skrzydłami. Jakby zapadł w sen. Żadna z dziewcząt nie potrafiła oderwać od niego oczu, w milczeniu napawając się jego kruchym pięknem i gracją. Jego widok wlewał w ich dusze nadzieję, pozwalała na chwilę zapomnieć o głodzie, chłodzie i bólu, był obietnicą lepszego świata. Pozwalał wierzyć w to, co niemożliwe. W to, w co ludzkość wierzyła od zarania dziejów: w cud.” str. 343



W fabułę, autorka bardzo sprawnie wplotła historyczne fakty w rozdziałach zatytułowanych „Odpryski wojny”, gdzie zamieszcza autentyczne wycinki z propagandy nazistowskiej, w której mowa nie tylko o antysemityzmie lecz podburza się niemieckie społeczeństwo do nienawiści ludzi innych ras będących wrogami narodu niemieckiego. Widać w tych fragmentach wypaczone, przekręcone informacje. Są też fragmenty listów, ulotek, cytaty z wypowiedzi polityków oraz alternatywne obrazy ludzi, którzy znaleźli w sobie na tyle odwagi, by podobnie jak Marlene, przystąpić do ruchu oporu, sprzeciwiając się tym samym chorym wizjom i rządom Hitlera, ale narażając się na śmierć.

Hanni Münzer stworzyła nie tylko wyrazistych bohaterów, ale stawiała przed nimi bariery, których pokonanie było dla nich nie lada wyzwaniem, ale i próbą sił, znaczenia słowa – człowieczeństwo. Podobały mi się bohaterki, kobiety, z których przykład mogłoby brać wielu mężczyzn. Silne, harde, charakterne. Jednocześnie zastanawiam się, co wojna zrobiła z ich poczuciem prawdziwej kobiecości, wyzbyła prawdziwych uczuć, subtelności, majestatyczności roli matki, córki, żony. Dla oprawców, ludzie byli tylko ludźmi, wrogami, celem samym w sobie, by tępić wpajane im zło. Wojna zabierała im tożsamość, rodziny, przynależność religijną, etniczną, marzenia, pragnienia, cele postawione na piedestale.

„Świat się rozwija i kroczy naprzód: medycyna, nauki, nowe bronie. Tylko człowiek zdaje się trwać w swej ignorancji, pielęgnując rasistowskie zapatrywania i utrwalając męską dominację nad światem. Dlaczego wciąż na nowo pozwalamy, by garstka szaleńców strąciła nas w przepaść? Dlaczego dajemy wiarę demagogicznym hasłom?...” str. 536 




„Marlene" Hanni Münzer to powieść, która poraża swoją niezwykłą autentycznością, mimo iż to tylko fikcja literacka. To powieść o utracie najcenniejszych dla kobiety wartości. O moralności i etyce zapędzonych w najciemniejsze kąty obozowych ścian. To powieść, która stawia wiele pytań, często retorycznych, zmusza do chwil głębokiej zadumy, refleksji – ile człowiek znaczy w obliczu zagrożenia, ile jest w stanie zrobić, by przetrwać? Powieść, która ukazuje walkę jednostek, siłę ich charakterów, dramatyczne wybory, tragiczne obrazy i skutki tych wyborów. Powieść o próbie człowieczeństwa.

Polecam!

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:





środa, 29 marca 2017

„Niemiecki. Ćwiczenia gramatyczne” Magdalena Surowiec







Wydawnictwo Psychoskok

Ilość stron: 370

Nowość wydawnicza, e-book dostępny w trzech formatach

Książkę znajdziecie:





Muszę przyznać, że język niemiecki nie wzbudza we mnie euforii ani żywych, pozytywnych wspomnień, a raczej nudne, rozwlekłe lekcje, które miałam tylko przez cztery lata szkoły średniej. Ta książka nie jest typowym podręcznikiem. Znajdziecie w niej wiele ciekawych ćwiczeń, a chyba to w nauce języków obcych jest najważniejsze. Do tego należy jeszcze dodać, iż jeśli książka została stworzona z pasji, to zyskuje podwójnie. A tutaj ewidentnie mamy te dwie cechy. Autorka przez wiele lat uczyła i uczy języka niemieckiego, pracuje jako tłumaczka, pisze artykuły naukowe. Przez siedem lat mieszkała w Niemczech, obecnie w Meksyku, pracując w największej na świcie filii Volkswagena ucząc niemieckiego. Otwarcie przyznaje, że jest pracoholiczką, molem książkowym. Pracuje przez siedem dni w tygodniu, non stop obcując z niemieckim, w których zakochała się od piątej klasy szkoły podstawowej. Przez lata kształcenia, autorka zna gusta i wymagania uczących się języków obcych. Wie, czego ta grupa odbiorców oczekuje od podręczników, jakich szuka konkretów, a czego brakuje w publikacjach będących pomocami naukowymi. Po lekturze podręcznika gwarantuję, że samouki mogą sięgnąć po niego również. 

„Starałam się, aby moje ćwiczenia zachęcały do refleksji nad poszczególnymi fenomenami gramatycznymi, pomogły uporządkować wiedzę i dokładnie wyćwiczyć wybrane aspekty niemieckiej gramatyki. Dlatego wiele ćwiczeń jest bardzo obszernych – moim celem było to, aby wystarczająca ilość przykładów pozwoliła na skuteczne utrwalenie.” 




Cechą charakterystyczną tej książki jest styl i sposób przekazywania wiedzy przez autorkę. Lekko, zrozumiale, ale książka przeznaczona jest dla osób, które znają już podstawy językowe. Podoba mi się pomysłowość autorki. To, że nie skupiła się tylko na suchych informacjach, a opracowała swój system, swoje zagadnienia, które zmuszają uczącego do pomyślenia nad zadaniem, przemyśleń, np. jak w poniższym przykładzie:

Utwórz zdania oznajmujące!
1. Karten spielen – ich
2. das Essen machen – meine Mutter
3. nach Hause gehen – die Schüler
4. eine Suppe kochen – meine Schwester

5. schwimmen – die Kinder 




Stopniowo autoka przechodzi do trudniejszych i bardziej rozwiniętych zadań, tak je formułując, by uczenie sprawiało nie tylko zagadkę, ale by sprawiało przede wszystkim frajdę i przyjemność z uczenia, pobudzało naszą czujność, kreatywność, a odpowiedzi sensowne, konkretne, dając uczącym wybór więcej niż jednej możliwości odpowiedzi. Mamy w tych zadaniach nie tylko ewentualności, ale miejsce na swoją przestrzeń, układanie swoich zdań, dokańczanie ich przy użyciu odpowiednich form, tak, by miały sens, odpowiedni szyk, tworzenie swoich pytań, używanie stosowne czasów (z czym ja osobiście miałam wielki problem!), tłumaczenie zdań itp. A przegląd ćwiczeń dotyczy całej gramatyki niemieckiej, części mowy, spójników. Na końcu, jak przy tego typu podręcznikach, znajduje się słownik.



Jestem pewna, że podręcznik znakomicie posłuży nie tylko tym, którzy uczą się niemieckiego z przymusu lecz szczególnie dla tych, którzy są samoukami, lubią wyzwania, nie boją się kreatywności, a uczenie się sprawia im przyjemność. Nie traktujcie też tej pozycji, jako podstawowego podręcznika, a jako pomoc dodatkową, która daje wiele możliwości i aspektów gramatycznych.




Autorka znakomicie użyła w nim swoich doświadczeń. Widać, jak wiele włożyła w to pasji i pracy. Takie książki są najlepsze, bo uczą tego, co jest ważne, ale przede wszystkim myślenia. Publikacja jest dopracowana, rzetelna, dosyć obszerna, konkretna, rzeczowa, idealna dla wzbogacających wiedzę, łaknących cennych wskazówek. Udowadnia, że nie wystarczy wykuć się tylko słówek, potrzebna jest praktyka, a tej doskonale nabierzecie dzięki temu podręcznikowi.


Polecam!


Za możliwość zapoznania się z egzemplarzem dziękuję:







wtorek, 28 marca 2017

„Księga cytatów. Najpopularniejsze motywy literackie” Agata Hącia, Ewa Wolańska, Adam Wolański. Maturzysto, to coś dla Ciebie!










Wydawnictwo PWN

Ilość stron: 400

Nowość wydawnicza

Książkę znajdziecie:





Autorzy niniejszej publikacji stworzyli jej zawartość z myślą o maturzystach. Ja jednak myślę, że z tej książki skorzysta każdy, kto chce znaleźć niezbędne informacje o twórcach epokowych i ich wielkich dziełach. I nie jest to przegląd po epokach lecz spis alfabetyczny literatów wraz z cytatami z ich największych, znanych w dorobku dzieł.


Księga obejmuje teksty powstałe w okresie od VIII wieku przed naszą erą do początków XXI stulecia skategoryzowane w dziale - proza, poezja, dramat, dzieła publicystyczne, pamiętniki, listy. Cytaty zaś zostały zaczerpnięte z dzieł, które miały jakiekolwiek znaczenie w literaturze, nie tylko polskiej ale też światowej, z najważniejszych anonimowych utworów średniowiecznych, z „Biblii” oraz fragmenty z utworów antycznej literatury antycznej, które dzisiaj traktowane są jak sentencje.





W Księdze znajdziecie alfabetyczny spis nazwisk autorów, ich biografię, najważniejsze dzieła, a pod tymi notatkami wypis cytatów z najbardziej znaczących w literaturze dzieł. Po części podstawowej znajdują się: źródła cytatów oraz kalendaria i indeksy. Całość napisana prosto, zwięźle, lakonicznie, zrozumiale, konkretnie. Księga zawiera prawie 1500 najważniejszych cytatów z kalendarium historii literatury. 





Maturzysto, jest jeszcze czas, aby uzupełnić swoją wiedzę o niezbędne informacje, sprawdzić się, doinformować. Ta publikacja jest bardzo dopracowana, łatwo i szybko znajdziecie to, czego szukacie. Merytorycznie i objętościowo wycyzelowana odpowiednio do potrzeb każdego czytelnika, nawet tego, który na co dzień nie ma nic wspólnego z literaturą. Widać pracę i zaangażowanie autorów. 


Polecam!


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu:





poniedziałek, 27 marca 2017

Najbliższe patronaty medialne Recenzji Agi nad książkami Wydawnictwa Replika :)






Kochani!

Dzielę się z Wami moją radością i wspaniałą informacją. Dziękuję Wydawnictwu Replika za zaufanie, jakim mnie obdarzyło :) Najbliższe Replikowe patronaty medialne :)

Miło mi poinformować, iż już jutro tj. 28 marca premierę będzie miała najnowsza powieść Iwony Wilmowskiej "Zanim zapomnę", której patronuję medialnie :)






Agata mimowolnie staje się uczestnikiem tragedii – młoda kobieta ginie pod kołami samochodu. Wszystko wskazuje na to, że nie był to nieszczęśliwy wypadek, a dokładnie zaplanowane zabójstwo. Sprawa komplikuje się, kiedy na jaw wychodzą dawne powiązania chłopaka Agaty i jego rodziny z ofiarą. Czy to możliwe, aby wydarzenia sprzed ponad dwudziestu lat miały związek z morderstwem? 

Przed kobietą bardzo trudny weekend, pełen odkryć, nieoczekiwanych spotkań i niespodzianek zapowiadających wielkie zmiany w jej życiu.




FRAGMENT POWIEŚCI:

Lidia Kania odgarnęła wpadającą do oczu grzywkę i spojrzała na zegarek. „Boże, jak późno!” – westchnęła w duchu. Wprawdzie wielu ludzi uznałoby tę porę za zbójecko wczesną – nie było jeszcze ósmej rano – ale ona właśnie zaczęła nową pracę i została poproszona, by być dziś właśnie o ósmej i bardzo, ale to bardzo nie chciała się spóźnić. Kobiecie w jej wieku – a miała już ponad czterdzieści lat – bez doświadczenia, bez znajomości, nie jest łatwo znaleźć jakieś sensowne zajęcie. Jej się udało i nie zamierzała tego zaprzepaścić spóźnieniem w pierwszym tygodniu pracy. Tym bardziej, że większą część dorosłego życia spędziła na zmywaku w Anglii. Teraz biegły angielski procentował. Praca była niezła. Przynajmniej siedziała na tyłku w ciepłym biurze, miała darmową kawę i nie pracowała w weekendy. Pensja może nie powalała na kolana, ale dało się przeżyć. Zresztą jej wiele nie potrzeba. 
Czy ten autobus musi się tak wlec? Jeszcze tylko jeden przystanek… Wyjęła z torebki lusterko i szybko skontrolowała wygląd. Tusz niepokruszony, włosy trochę w nieładzie, ale ujdą. Usta! Trzeba pomalować usta! Wyjęła błyszczyk i szybko śmignęła nim po wargach. Oczywiście wiedziała, że malowanie się w środkach komunikacji miejskiej nie figuruje w podręcznikach savoir-vivre’u w kolumnie „zalecane”, ale co tam. To w pracy ma się dobrze prezentować, a nie tutaj. 
Kobieta siedząca naprzeciwko obrzuciła ją przepełnionym dezaprobatą spojrzeniem. Lidia odwróciła wzrok i przygryzając delikatnie wargi, równomiernie rozprowadziła błyszczyk. Znów zerknęła na zegarek. Niech to szlag! Już była spóźniona! Ósma pięć, do diaska! Wstała i zaczęła powoli przeciskać się do wyjścia. Im bliżej będzie stała, tym szybciej wybiegnie. Nieważne, że zaoszczędzi w ten sposób nie więcej niż minutę. Ważne, że zaoszczędzi choć trochę. 
Autobus wreszcie zatrzymał się z głośnym sapnięciem i drzwi się otworzyły. Lidia wypadła na chodnik i starając się utrzymać równowagę na swych nie tak przecież wysokich obcasach, truchtem ruszyła przed siebie. Jeszcze tylko jakieś pięćset metrów, przejście dla pieszych i będzie na miejscu. Za dziesięć minut spóźnienia może jej nie zwolnią… Wciąż była na okresie próbnym, więc mogli się jej pozbyć bez większych problemów, ale może jak przeprosi, to jakoś się to rozejdzie. Zresztą ta dziewczyna, która prosiła ją, by przyszła wcześniej, nie wyglądała na jakąś jędzę, co by zaraz leciała na skargę. Tak, na pewno wszystko będzie dobrze. 
– Przepraszam, przepraszam – rzucała na prawo i lewo, w pędzie obijając się o spóźnionych rodziców z wielkimi tornistrami na plecach, prowadzących dzieci do pobliskiej szkoły. 
Zatrzymała się przed przejściem. To była wąska uliczka: jeden pas w jedną, jeden w drugą stronę. O tej porze prawie pusta. Zacznie się korkować dopiero koło dziewiątej. O ósmej biura świecą jeszcze pustkami. 
Z lewej strony zbliżał się zielony samochód, którego kierowca na jej widok wyraźnie zwolnił. 
Uśmiechnęła się i skinęła głową, pod nosem odruchowo mamrocząc „dziękuję”. Jak to miło, że się zatrzymał. Drobna rzecz, a cieszy. Wciąż uśmiechnięta zrobiła krok do przodu, a wtedy samochód gwałtownie przyspieszył. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Uśmiech zniknął z jej twarzy, zastąpiony przez czyste przerażenie. 
Uderzenie odrzuciło ją do tyłu. Nie mogła złapać oddechu. Uniosła nieco głowę i pełnym przerażenia wzrokiem spojrzała na cofający się samochód. 
„Dobrze. Nic się nie stało. Wszystko będzie dobrze. Żyję”. 
Słyszała krzyki przechodniów. 
„Karetka. Zaraz ktoś wezwie karetkę” – uspokajała się w myślach. 
I w tym momencie samochód znów przyspieszył. Widziała zbliżające się do jej twarzy koła. Krzyk uwiązł jej w gardle. Miała wrażenie, jakby ktoś nadmuchał ją powietrzem i wsadził w usta korek. Tuż przed uderzeniem ostatnim wysiłkiem woli zacisnęła powieki. 
Twarda guma opony z chrzęstem przetoczyła się po jej twarzy, czyniąc z niej miazgę. 
Krzyki przechodniów ucichły. 
Nie było już nic. 




Książki otrzymałam dzisiaj, zatem recenzja pojawi się niebawem. Będzie też konkurs, w którym do wygrania będzie jeden/dwa egzemplarze powieści :)




A już w kwietniu swoją premierę będzie miała najnowsza powieść Hani Greń "Jak kamień w wodę. Polowanie na Pliszkę", której również z wielką przyjemnością patronuję medialnie. Szczerze przyznam, że jestem tej pozycji bardzo ciekawa. Znam warsztat i styl Hani, potrafi pisać niezwykle ciekawie, sugestywnie i emocjonalnie. Poza tym kryminały spod Jej pióra to po prostu majstersztyk!






Tylko ode mnie zależy twój los. Gdy w środku nocy usłyszysz szmer za oknami, to będę ja, i gdy w słońcu nagle pochłonie cię cień, to też będę ja. Nie uciekniesz przede mną. 
Kiedy Kornelia zaczyna otrzymywać tajemnicze listy z pogróżkami, uważa to za głupi dowcip. Żyje na uboczu, nie wchodząc nikomu w drogę i nie nawiązując żadnych bliższych relacji z innymi ludźmi, kto więc mógłby życzyć jej śmierci? Jednak sytuacja staje się coraz poważniejsza, dlatego kobieta podejmuje decyzję o zgłoszeniu się na policję. 
Nie jest to dla niej łatwe – jej dotychczasowe kontakty ze stróżami prawa nie należały do najprzyjemniejszych. W młodości została niesłusznie oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Wszyscy zdawali się być wrogo nastawieni do Kornelii, ponieważ mężczyzna, którego oskarżyła wtedy o próbę gwałtu, sam był policjantem, a jego koledzy nie wierzyli, że mógł dopuścić się przestępstwa. 
W wyniku zbiegu okoliczności, kobieta natrafia na posterunku na tego samego funkcjonariusza, który przed laty próbował ją zdyskredytować, aby chronić swojego przyjaciela. Mimo wrogiego nastawienia, to jednak właśnie ten mężczyzna może okazać się dla Kornelii jedyną nadzieją.




FRAGMENT POWIEŚCI:

ROZDZIAŁ I 
Dom, rodzinny dom 

Podobno każda pliszka swój ogonek chwali, jednak ta konkretna Pliszka nie chwaliła ani swojego ogonka, ani niczego innego. Po prostu nie miała się czym chwalić. Nie wyróżniała się wyglądem czy inteligencją, nie dostawała dużego kieszonkowego, nie miała najmodniejszych ubrań. Jedyne, czym obdarzono ją w nadmiarze, to obojętność. 
Urodziła się jako spóźniony owoc związku ludzi do tego stopnia pochłoniętych pracą, że gdy podrosła, często rozważała, jak udało im się oderwać od cyferek i wykresów na tyle długo, by spłodzić potomka.
Przyszła na świat w pewien wrześniowy poranek tylko dlatego, że nie da się powstrzymać sił natury. Gdyby to było możliwe, matka z pewnością przełożyłaby poród na popołudnie, żeby nie kolidował z godzinami pracy. 
Odkrywszy w ten przykry sposób, że dziecka nie można zaprogramować, rodzice podeszli do problemu racjonalnie, bez zaciemniających rozum uczuć. W wyniku domowej burzy mózgów dziewczynka najpierw całe dnie spędzała z nianią, potem jej dzień dzielił się na czas przedszkola i czas opiekunki. 
Imię dostała z kalendarza, gdyż tak było najprościej. Ponieważ „Kornelia” wydawała się Pliszkom zbyt pompatyczna dla tak małej dziewczynki, wymyślili zdrobnienie Kora. Pierwsza niania także miała dziecko, dwuletnią córeczkę. Malutka nie umiała wymówić głoski „r” i dokonała natychmiastowego przemianowania niemowlęcia w Kolę. Rodzice początkowo protestowali, potem machnęli ręką; sprawa była zbyt błaha, by tracić na nią cenny czas. Tak samo jak na opiekę nad wrzeszczącym maluchem, którego jedynym zajęciem jest brudzenie pieluch i domaganie się pokarmu. 
Kiedy Kola rozpoczęła naukę, zrezygnowali z usług opiekunki. Rano do szkoły zawoził ją ojciec, po lekcjach przebywała w szkolnej świetlicy, skąd odbierała ją matka. Popołudnia spędzała w samotności, najczęściej w swoim pokoju. 
– Jesteś już dość duża, żeby się sobą zająć – stwierdziła matka, gdy znudzona brakiem towarzystwa dziewczynka weszła do gabinetu z propozycją wspólnej zabawy. – Idź stąd, dziecko, przeszkadzasz mi. 
Dziecko. Zawsze tak do niej mówili. Odejdź, dziecko. Uspokój się, dziecko. Nie hałasuj, dziecko. Na dobrą sprawę mogłaby nie mieć imienia. 
Dziecko oczywiście wszelkimi siłami starało się zwrócić na siebie uwagę, lecz równie dobrze mogłoby nakłaniać słońce do zachodzenia na północy. Rodzice nie krzyczeli, nie bili, nie stosowali żadnych kar. Po prostu ignorowali. 
W szkole Kornelia zawarła pierwsze przyjaźnie i odtąd spędzała popołudnia w towarzystwie trzech chłopaków. Dziewczynek nie polubiła, może dlatego, że ich nie rozumiała. Ich ulubionym zajęciem była zabawa w dom, a to było ostatnie, co mogłoby ją zainteresować. Dom kojarzył się wyłącznie z ponurą ciszą, szelestem kartek i stukotem klawiatury. Z chłopcami natomiast mogła grać w piłkę, wspinać się po drzewach czy bawić się w policjantów i złodziei. 
Pliszkowie mieszkali w eleganckim domu usytuowanym na obrzeżach Katowic. Kawałek dalej zaczynał się spory zagajnik, a tuż na jego skraju stał stary budynek otoczony dużym, zdziczałym ogrodem. Odkrywszy, że posesja jest opuszczona, „banda czworga” uznała ją za swoją siedzibę. Chłopcy spędzali tam każdą wolną chwilę, Kola natomiast niemal całe popołudnia i weekendy. Gdy padał deszcz, chroniła się na werandzie, w zimie zaś w pokoju na piętrze, gdzie stało stare drewniane łóżko. Materac był w jeszcze gorszym stanie niż łóżko i pewnie dlatego nikt go nie ukradł. Dziewczynka zaanektowała legowisko, zaścieliwszy je wykradzionymi z własnego strychu starymi kołdrami. 
Rodzice nie zaprzątali sobie głowy jej codziennymi powrotami po zmroku. Zadowalało ich tłumaczenie, że uczy się z przyjaciółmi. Przechodziła z klasy do klasy, czyli rzeczywiście musiała się uczyć. Oceny wprawdzie nie były zbyt świetne, ale też niczego więcej nie oczekiwali. 
Gdy rozpoczęła edukację, przez jakiś czas śledzili z zainteresowaniem jej postępy w nauce, lecz wkrótce przekonali się, iż córka nie posiada absolutnie żadnych predyspozycji do bycia genialnym dzieckiem. Przyjęli to z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony byli rozczarowani, że nie odziedziczyła ich zdolności, że jest taka zwyczajna. Kola miała nigdy nie zapomnieć przypadkowo usłyszanych słów matki: 
– Nie tak wyobrażałam sobie to dziecko. Jest gruba, brzydka i nieciekawa. Myślałam, że przynajmniej jej intelektem będę mogła się chwalić wśród znajomych, ale widzę, że nic z tego. A taka byłam pewna, że urodzę córkę, której wszyscy będą mi zazdrościć. 
Z drugiej zaś strony odczuli ulgę. Rozczarowanie nie przyćmiło oczywistej prawdy, że ponadprzeciętna inteligencja wymaga odpowiedniego jej rozwijania. Małą należałoby wówczas zapisać na jakieś dodatkowe zajęcia, przepytywać, podsuwać odpowiednią lekturę. A to wszystko pochłaniałoby cenny czas. 
Przemiana w nastolatkę w zasadzie zmieniła niewiele. Tylko tyle, że dla rodziców nie była już „dzieckiem”. Teraz mówili do niej „dziewczyno”. Dziewczyno, opanuj się! Dziewczyno, co ty robisz! Dziewczyno, dziewczyno, dziewczyno…

Czytelnicy tworzą, piszą...







Kochani!

Ta zakładka nie pojawia się przypadkowo. Z myślą o Was, o Waszych umiejętnościach, wyjątkowych pasjach. O tym, co robicie, piszecie, tworzycie. Ta zakładka będzie dla Was i o Was.


Oprócz książek dotarła do mnie widokówka z pozdrowieniami :)


Żeby to, co napisałam nie było tylko pustym frazesem, dzisiaj jako pierwszą przedstawię Wam wyjątkową twórczość i pasję Doroty Dominiczak - Głowackiej. Dorota, to jedna z wielu czytelniczek mojego bloga, która jak się okazuje ma utalentowaną córkę Zosię. Zosia kilkakrotnie wygrywała u mnie konkursy z książeczkami dla dzieci, wyróżniając się pomysłowością i talentem do tworzenia strof wierszy. Ma dziesięć lat i naprawdę talent nieprzeciętny. O Dorocie wiedziałam tylko tyle, że z zawodu jest archeologiem, żyje na Kujawach, konkretnie w Inowrocławiu. 

Zaś Ona sama o sobie, pisze tak:

"Jestem mamą 10 letniej Zosi, kobietą pracującą, prowadzę firmę archeologiczną. Od dwóch lat troszkę bujam w obłokach - piszę. Właśnie dobrnęłam do końca "Niesamowitych przygód Zosi Niesamosi." Mój mąż mieszka od 10 lat w Irlandii. Jestem rozdarta między Polską a Irlandią. Kujawy, są bogate w historię, szczególnie w pradzieje. Nie ma zbyt wiele pozycji archeologicznych, jeśli chodzi o dzieci i stąd ten pomysł."

Fot. nadesłane. Zosia - córka Doroty :)


Dotarły do mnie trzy piękne i ciekawe książeczki. Pierwsza opisuje zarys dziejów miasta Inowrocław oraz okoliczności, motywy i cała historia powstania jednego z najstarszych w Inowrocławiu Kościoła św. Mikołaja.





Dwie pozostałe, to książeczki skierowane do dzieci, pisane wierszem, wydane nakładem Gminy Inowrocław. "Archeo Opowiastka" o prahistorii Inowrocławia, bogata we wszelkie informacje odnośnie życia codziennego jego praprzodków oraz sugestywne ilustracje. Druga książeczka opowiada o obiekcie architektonicznym, który dwójka rodzeństwa znalazła na przypadkowej wyprawie z mamą. Askaukalis to drewniana budowla (zwana świątynią) otoczona kamiennym kręgiem z dużych kamieni. A wszystko opatrzone barwnymi ilustracjami Jarosława Wojtasińskiego.


Z książki "Archeo Opowiastka"





Z książki "Ekologicznie i historycznie, czyli jak dzieci poznawały historię Askaukalis :)





Zapewniam, że książeczki są ciekawe, zawierają dużo informacji i są dopracowane w każdym szczególe. A to ważne przy tego typu publikacjach.

Książki Doroty zostały wydane nakładem Gminy Inowrocław, jednak powstały z pasji i wielkiego zaangażowania samej autorki.






Wierzę, że takich osób jak Dorota jest więcej. Dlatego prośba do Was, Kochani!
Jeśli macie jakieś swoje ukryte talenty, a chcielibyście się ze mną nimi podzielić, zachęcam!
Znajdziecie się tutaj, w tym właśnie miejscu. Nie muszą to być tylko tylko talenty pisarskie, wydane. Może ukrywacie w szufladach pochowane zdolności? Wyciągnijcie i prześlijcie. Nie oceniam, nie komentuję, tylko dzielę się swoimi wrażeniami. 



Mój młodszy syn nie odmówił sobie narysowania okładki "Archeo Opowiastki". Rysunek z lewej jest jego "dziełem" :)


Patronat medialny. Rekomendacja :) Z cyklu Bułgaria znana i nieznana „Z Ruse do Varny” Skarlet i Albert :) W tym tygodniu wznowienie książki ukaże się w księgarni :)




Wydanie wznowione, papierowe.


Z każdą kolejną książką tej dwójki wspaniałych i sympatycznych autorów dowiaduję się coraz to nowszych ciekawostek. Bułgaria, to kraj, któremu Skarlet z Albertem przyglądają się „pod lupą”, odkrywając przed każdym swym czytelnikiem wszelkie tajemnice, legendy, ale też miejsca magiczne, często zapomniane, czy omijane przez biura turystyczne szerokim łukiem. Flora i fauna, kultura, sztuka i oczywiście historia Bułgarii są nie tylko interesującymi i pięknymi jej elementami, ale tworzą coś w rodzaju mozaiki kontrastów. Jej bogactwo bierze się przede wszystkim z mieszanki narodowościowej, jaką Bułgarzy noszą w swoich genach:

„Z badań przeprowadzonych przez szwajcarski Instytut „Igenea” wynika, że ludzie zamieszkujący Bułgarię mają:
49% genów Traków
15% genów starożytnych Greków
15% genów Słowian
11% genów starożytnych Macedończyków
8% genów Fenicjan.”










Swoją podróż w wyżej wymienionym tytule, autorzy rozpoczynają od Ruse, największego bułgarskiego portu, którego nazwa pochodzi od imienia jego patronki jeszcze z czasów pogańskich, i który to oprócz swojej historii ma też i znaczenie symboliczne:

„Symbolem miasta, umieszczonym w herbie jest usytuowany w centrum, ponad trzy metrowy Pomnik Wolności z 1909 roku, autorstwa Włocha Arnoldo Zocchi. Jest dedykowany tym, którzy walczyli w latach 1876-77 o wyzwolenie Bułgarii z niewoli tureckiej. Spoglądająca z wysokiego, wąskiego postumentu kobieta z mieczem, wyciągniętą ręką wskazuje kierunek, z którego nadeszła wolność. U podnóża pomnika dwa lwy, zapewne strzegą jej bezpieczeństwa.”

Ruse to także miasto ze swoją legendą, w którym ożywia się życie kulturalne i zdobi przepiękna architektura w głównej mierze neoklasycystyczna, barokowa, secesyjna z licznymi cerkwiami.



Jadąc z Ruse natkniemy się na liczne mniejsze i większe miejscowości, z których każda nosi jakąś nutę historii i oczywiście swoją legendę, jak chociażby ta o wsi Basarbovo, oddalonej 10 km od Ruse, w której to urodził się Dymityr zwany Basarbowskim. Podobno nosił on znamiona wyjątkowości, bowiem po jego śmierci, której to okoliczności nie jest nikt w stanie zbadać: 
„Po 33 latach od jego zniknięcia, niewidoma dziewczyna miała sen, w którym Dimityr poprosił ją, żeby wydobyła go z wody. Razem z rodziną pojechała rano we wskazane przez niego miejsce. Ciało świętego znaleziono w stanie nie naruszonym, pomimo upływu czasu, a dziewczyna w cudowny sposób odzyskała wzrok.”



W czasie podróży, na dwustu kilometrowym odcinku do celu naszej podróży – Varny, warto zwiedzić i zatrzymać się w kilku bardzo ciekawych miejscach: skalnych cerkwiach wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO, klasztorów w skale na terenie Parku Przyrodniczego Rusenski Lom „Park Rusenski Lom zajmuje powierzchnię ponad 3 hektarów. Wznoszące się nad brzegiem rzeki pionowe skały, wspaniała roślinność i specyficzny mikroklimat, sprawiają, że spacer tu, dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń. To malownicze miejsce jest rajem dla wielu rzadkich gatunków ptaków. Spotkamy tu między innymi skalne orły, egipskie sępy, puchacze. Poruszamy się po wytyczonych, dobrze oznakowanych eko-ścieżkach.”, kaplice, jaskinie, cele mnichów, Rezerwat Archeologiczny, Rezerwat Archeologiczno - Historyczny "Sborianovo", meczety, niektóre tylko otwarte dla turystów, miasta kiedyś uchodzące za twierdze, Cudne Skały wyrastające z wody jako skalne iglice, Kamienny Las oraz wiele tym podobnych atrakcji.



Varna z kolei, to miasto najczęściej wybierane przez turystów za cel urlopu. Ma ono oczywiście swoją legendę i nasz, polski akcent – dzielnicę Vladislavovo nazwano od imienia Władysława III Warneńczyka, który poległ tam w bitwie z Turkami. A dzisiaj?

„Dzisiejsza Varna, to miasto tętniące życiem. Pełne zabytków, ciekawostek i bardzo wielu różnych atrakcji dla odwiedzających. Jest słynne również, z położonych „o krok” kurortów, z których najbardziej znane są Złote Piaski, Św. Konstantyn i Elena, Albena. W mieście i w okolicy występują termalne, lecznicze źródła mineralne. Cenione są też błota działające przeciwzapalnie, przeciwbólowo, przeciwreumatycznie i opóźniające starzenie. Wiele ośrodków, hoteli oferuje zabiegi lecznicze i upiększające.”



Przed miastem stoi poważne zadanie, bowiem Europejskie Forum Młodzieży wyróżniło Varnę i tym samym została ona wybrana na Stolicę Młodzieży w 2017 roku. Odbywać się tu będą między innymi przedsięwzięcia o charakterze kulturowym. Miasto ma już przygotowany program imprez, a co za tym idzie zwiększenie atrakcyjności turystycznej.



Varna i jej okolice to także atrakcja dla tych, którzy lubią faunę i florę okolic półwyspu bałkańskiego, czyli wędkarzy, poławiaczy małż, a nawet miłośników delfinów, które można zobaczyć w delfinarium „Festa”. Warto zobaczyć też okoliczny letni pałac księcia Bułgarii Aleksandra Battenberga, Złote Piaski z szerokimi plażami, bazą hotelowo – restauracyjną oraz Parkiem Przyrodniczym i leczniczymi źródłami mineralnymi.





W książce znajdziecie też mnóstwo ciekawostek, jak chociażby te o duchach mnichów pustelników krążących po labiryncie skalnych cel, o cudotwórcy pomagającym chorym, o miłościrumuńskiej królowej Mari Edinburgh do dwóch miast Bułgarii - Tutrakan i Balchik, w Balchiku wybudowała sobie letnią rezydencję i tam pochowano jej serce, o Suchej Rzece z dziewiczą przyrodą i jaskiniami, coś dla miłośników pieszych wędrówek, a także o „Ptasiej zatoce”, jaskiniowym mieście i wiele, wiele innych.






Książka zawiera tzw. przypisy. Po każdym rozdziale znajdziecie niezbędne informacje dla turysty, zawierające godziny otwarcia podanych atrakcji, a nawet ceny wejściówek.



„Z Ruse do Varny”, to nie jest zwykły przewodnik. Takich dużo na sklepowych i oferowanych przez biura turystyczne półkach. To przede wszystkim książka napisana prostym, zrozumiałym językiem, z pasją, wszelką dbałością o szczegóły i drobiazgi. I może nie byłaby na tyle wartościowym egzemplarzem, gdyby nie ciekawostki, wskazówki i zdjęcia autorów, które nadają jej wyjątkowości i spinają treść z formą w całość. Czyta się ją przyjemnie i Wam bardzo polecam. Czego jeszcze nie wiecie, czego nie znacie, a chcielibyście poznać i co mogłoby być bodźcem do tego, by się tam wybrać, to ta pozycja jest idealna!




Książce patronuję nie tylko medialnie, ale na okładce znajdziecie też moją rekomendację :)

niedziela, 26 marca 2017

Drugi etap cyklu literacko-kulturalnego :)






Kochani!

Obiecałam, że niebawem rozpocznę drugi etap cyklu. Obietnicy dotrzymuję. W tym etapie do wygrania będzie egzemplarz, albo i dwa, zależy od odpowiedzi, jakich udzielicie, książki „#Wpadki. @grzechy językowe w mediach” Marty Kielczyk. Recenzja - KLIK




Tym razem, chciałabym znać Wasze zdanie na temat popełnianych grzechów językowych. Co Was drażni, co zauważyliście na ten temat? Czy zdarzyło Wam się kiedyś zwrócić w ogóle komuś uwagę, że nie mówi poprawnie, jeśli tak, to w jakiej to było sytuacji. Życie dostarcza nam mnóstwa inspiracji i tematów do dyskusji. Napiszcie, jak to jest z naszą poprawnością? Zwracacie na to uwagę? Piszcie wszystko, co przyjdzie Wam do głowy. Może macie jakieś doświadczenia w tej kwestii? Może ktoś kiedyś Wam zwrócił uwagę? Nie jesteśmy nieomylni przecież, to nie jest nic wstydliwego.

Liczę na Waszą kreatywność!



Taki obrazek z przymrużeniem oka, jako źródło pewnych refleksji ;)







Konkurs rozpoczyna się dzisiaj, a kończy 
30 kwietnia 2017 r. o godz. 23:59


Odpowiedzi udzielajcie w komentarzach pod postem.


Zachęcajcie znajomych do zabawy, udostępniajcie, polubcie FP Recenzje Agi :)





Powodzenia! Trzymam kciuki! :)

„#Wpadki. @grzechy językowe w mediach” Marta Kielczyk. O zasadach, które mimo wszystko obowiązują i zobowiązują nie tylko w mediach, ale też na co dzień :)







Wydawnictwo Ridero

Ilość stron: 260

Nowość wydawnicza

Książkę znajdziecie:





„Można mieć dużo wyrozumiałości dla ludzi, którzy w swojej pracy nie muszą wiedzieć wszystkiego o języku, mniej dla tych, którzy pracują w mediach albo prezentują w nich swoją firmę i dla mediów w jej imieniu się wypowiadają” str. 60

Książka skierowana do konkretnej grupy odbiorców, ale zdecydowanie stwierdzam, że może po nią sięgnąć każdy. To nie jest podręcznik sztywno i ogólnie tłumaczący, jak poprawnie używać naszego ojczystego języka, ale zbiór lekko napisanych minifelietonów, które lakonicznie wyjaśniają wszelkie podstawy i zasady poprawności, jakie obowiązują nie tylko w mediach, ale i w konfrontacji z tzw. językiem ulicy. Cieszę się, że autorka napisała tę książkę tak, by zrozumiał ją każdy czytelnik. Jasno, precyzyjnie, rzetelnie i czytelnie. 




Marta Kielczyk to znana dziennikarka telewizyjna i radiowa. Od lat związana z Panoramą w TVP2, także z TVP Info. Dziennikarskie szlify zdobywała w Polskim Radiu, w „Sygnałach dnia”. To tam zapracowała na tytuł „Chryzostoma” za poprawną polszczyznę. Zdobyła też tytuł Mistrza Mowy Polskiej, zasiada w Kapitule konkursu. Członek Zespołu Języka Mediów w Radzie Języka Polskiego przy Polskiej Akademii Nauk. Prowadzi videoblog o poprawności językowej w mediach pt. „Z DACHU”. 






Tuż po Nowym Roku słuchałam pewnej audycji radiowej o zasięgu publicznym. Nie pamiętam tytułu audycji, ale utkwiła mi ona w pamięci, bo pani redaktor czytała listy od słuchaczy. W jednym z nich, radiosłuchaczka prosiła, by państwo redaktorzy nie dzielili wyrazów na sylaby, co czynią nagminnie, a adresatka wiadomości jasno wraziła swoje niezadowolenie tłumacząc, że to nie tylko nieładnie, ale przede wszystkim brak szacunku do odbiorców – słuchaczy. Pani redaktor obiecała solennie poprawę. Hm...


Przyznam szczerze, że po bardzo kształcącej lekturze książki wyszło na to, że niestety, popełniam zupełnie nieświadomie błędy. Nie wynika to tylko z mojej niewiedzy, ale chyba przede wszystkim z tego, że przez te wszystkie lata, obracając się w różnych kręgach ludzi, człowiek swoją mowę dostosowywał przede wszystkich do facji, do jakiej przystępował. To, oczywiście nie jest żadna forma wytłumaczenia. Kiedy zaczęłam prowadzić bloga, łapałam się na tym, że tak jak mówię, tak coraz częściej piszę. Co tu dużo prawić, nie przywiązujemy uwagi do tego, co i jak mówimy. 


I wydawałoby się, że to, o czym pisze autorka, wie się, no jakże?... Pozory. Karmimy swój mózg tym, co wypracowaliśmy sobie przez te wszystkie lata. Przyzwyczajenie, nawyki, bo tak prościej, łatwiej. Nie zwracamy na nic uwagi, nie przeszkadza nam, że ktoś rozmawiając z nami, kaleczy język. A szczególnie teraz, dzisiaj, w erze wszechogarniającej elektroniki i naszym życiu fast. Skróty myślowe są w modzie, bo nie ma się czasu na pisanie całych słów, zdań, poprawnie. Szybko, w pośpiechu budujemy coś, co zaczyna przechodzić do świadomości naszych dzieci. Czy to jest właściwy, dobry kierunek? 





Autorka swój zbiór luźnych, pisanych prostym, zrozumiałym językiem felietonów, skierowała przede wszystkim do ludzi pracujących w mediach, bądź branżach pokrewnych, nierzadko zwracając uwagę czytelnika na to, że nawet ludziom na wysokich, kierowniczych stanowiskach zdarza się mówić niepoprawnie. Cóż... jesteśmy tylko ludźmi, albo aż(!)... Tylko spójrzmy też na to przez pryzmat szacunku. Jeśli chcemy być przestrzegani poważnie, szanujmy się nawzajem. Estyma swój początek bierze zawsze z rozmowy. 


Bardzo mi się podoba, że autorka nie skupiła się tylko na tzw. pouczaniu lecz rzeczowo, konkretnie przedstawia problem w najczęstszym popełnianiu błędów, przedstawiając je w różnych kontekstach słownych. Odpowiada na pytania: jak powinno się je stosować, najczęstsze przyczyny tych błędów, a także, dlaczego łatwiej nam skupić się na nieprawidłowościach. Oprócz swoich spostrzeżeń przytacza formy poprawne słów; błędne, powszechnie stosowane oraz definicję poprawności językowej udostępnioną przez językoznawców. 





Cóż, ja po książkę sięgnęłam już nie jeden raz. Wierzę też, że pozycja przysłuży się wielu innym, nie tylko grupie, do której jest ona skierowana. A język, to wbrew pozorom, ważna sprawa. Dzisiaj nie zwraca się już uwagi na potoczności i skróty wkradające się do naszych rozmów, korespondencji. Zbiór felietonów pod dosyć przewrotnym, ale niesamowicie trafnym i intrygującym tytułem, zwraca uwagę na powielane błędy w mediach, bo książka powstała na podstawie doświadczenia autorki:

„Napisałam tę książkę, bo od lat obserwowałam nieporadność językową gości przed mikrofonem, czasem ich „usztywniał”, co powodowało, że chcieli być bardziej „ą, ę”, czasem w emocjach obnażał najgorsze nawyki językowe. Zbierałam więc w głowie katalog zasad językowych i niechlubny spis błędów, tego typu wpadek, potem zaczęłam notować największe „wygibasy”, aż usiadłam i to wszystko spisałam.”






Jest wiele pozytywnych cech tej książki. Felietony nie zanudzają. Autorka często opisuje swoje spostrzeżenia, niepokoje, luźne myśli powiązane aktualnością przytaczanych błędów. Książka, która uczy, przygląda się problemom językowym z wielu stron, podaje ważne, poprawne odpowiedzi i rozwiązania. I wreszcie książka opisująca wpadki, jakie popełniają ludzie mediów, a oni powinni świecić przykładem. 

Jak to w ogóle jest z naszą poprawnością? Książkę polecam, zdecydowanie!




Za egzemplarz dziękuję Autorce, Pani Marcie Kielczyk :)



Książka rozpocznie drugi etap cyklu literacko-kulturalnego, do wygrania niebawem :)